Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Bobby Jones: Zamach geniusza (Bobby Jones: Stroke of Genius)

03 Kwiecień 2010, 01:06 
Kompozytor: James Horner

Dyrygent, orkiestracje: James Horner
Wykonawca: The Hollywood Studio Symphony

Etniczne instrumenty dęte drewniane: Tony Hinnigan
Flażolet irlandzki: Eric Rigler
Gitara: George Doering

Rok wydania: 2004
Wydawca: Varese Sarabande

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Bobby Jones: Zamach geniusza (Bobby Jones: Stroke of Genius)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

 Kup tę płytę w:

iTunes za 9.99
Zamach geniusza to biografia legendarnej gwiazdy golfa, Bobby`ego Jonesa (James Caviezel), który w dwudziestoleciu międzywojennym stał się ikoną tej dyscypliny sportu. Ekranizacji tego kosztującego 20 milionów dolarów dramatu sportowego podjął się Rowdy Herrington. Do tej pory reżyser współpracował z takimi kompozytorami, jak Jerry Goldsmith/Brad Fiedel (dramat sportowy Gladiator) i ponownie Brad Fiedel (thriller akcji Pole rażenia). Teraz z uwagi na lokalizację miejsca sportowych zmagań w ramach US i British Open, postanowił zatrudnić kompozytora, który miał bogate doświadczenie w obcowaniu z klimatami szkockimi/celtyckimi (a w Szkocji właśnie kręcono część ujęć) – Jamesa Hornera. Zresztą, sam muzyk miał już w dorobku kino sportowe, choćby Pole marzeń w 1989 r. lub Radio z 2003 roku. Sam film, który miał premierę 30 kwietnia 2004 roku, okazał się finansową klęską - do kas zwróciły się niespełna 3 miliony. A co zaprezentował Horner, na swoim ponad godzinnym albumie wydanym 11 maja 2004 roku nakładem Varese Sarabande?

Bobby Jones: Stroke of Genius to typowy James Horner powracający z paletą klimatów szkockich i wszystkich znanych już w tym kręgu rozwiązań stylistycznych, jakie można było usłyszeć w takich poprzednich pracach, jak Waleczne Serce, Zdrada lub Titanic. Cała reszta to prezentacja standardowego brzmienia dla kina dramatycznego, lirycznego i subtelnego. Kompozytor chyba szczególnie lubuje się w takim muzycznym języku, dlatego też często do niego powracał przy różnych okazjach. Ponieważ wtedy właśnie najczęściej inspirował się (mniej lub bardziej) swoimi starszymi ilustracjami, zaczęły pojawiać się opinie o systematycznej powtarzalności jego prac, swoistym „self-plagiatyzmie”. Bez względu na ocenę, muzyka Hornera utrzymana w takiej konwencji ma swoich zwolenników i szerokie grono oponentów. Można by użyć tutaj jeszcze innego określenia – „auto-pilot”.

Doskonałym przykładem stylistyki i tematyki „hornerowskiej” na albumie była 7-minutowa mini-suita St. Andrews. Ta konstrukcja wyznaczyła od pierwszych minut cały charakter tej ponad godziny muzyki. Pierwszy temat, to niemal wierna kopia emocjonalnego tematu Wasilija Zajcewa z Wroga u bram – to samo brzmienie smyczków. Drugi następujący na niego temat to z kolei element celtycki oparty na irlandzkich dudach i piszczałkach, zwanej flażoletem (błędnie identyfikowanego z fletem irlandzkim). Czyli tym razem stylizacja Walecznym Sercem. Po dodaniu rytmicznej gitary w tle i pulsujących perkusjonaliów konstrukcja ta zajmowała się ilustracją scen akcji/sportowych potyczek. Jako trzeci z kolei Horner zademonstrował swój najmocniejszy punkt programu, czyli dramatyczny temat na *waltornie, przypominający dokonania kompozytorskie na pokładach dwóch Star Treków (mamy tu nawet podobieństwo do Pierwszego Kontaktu Jerry`ego Goldsmitha). Nie zabrakło także lirycznego, ciepłego tematu smyczkowego, których Horner skomponował już sporo, ale mimo ich podobieństwa z innymi, mogą nadal się podobać. W tradycyjny też sposób Horner zakończył swoją muzyczną podróż, ponad 20-minutową suitą podzieloną na trzy części, w których na kolejne sposoby (w ostatniej części tej mega-suity kompozytor wprowadził także ciekawą wariację na gitarę akustyczną) podsumowywał całość pakietem tych czterech tematów wiodących – The Shot of a Lifetime, Living the Dream i End Credits.

Te cztery tematy główne stały się wizytówką całego albumu i to one odpowiadały od tego momentu za kolejne ilustracje, kolejnych scen. Dla niektórych taka opinia mogła być wystarczająca, aby odłożyć dalsze słuchanie płyty, zakładając że nic więcej się już nie przytrafi, że nie usłyszy już nic nowego, a reszta materiału to kolejne powtórki i modyfikowane wariacje kolejnych melodii wiodących. Najgorsze jest to, że nie jest to do końca… nieprawdziwe. Po pierwsze, mimo iż sam film to dramat sportowy, muzyka Hornera raczej słabo podkreślała ten element obraz. Za mało sportu, a za dużo dramatu. Przykładem tego ostatniego podejścia, w tym przypadku kwestii wewnętrznych rozterek głównego bohatera był poważny w wymowie temat smyczkowy (The Painful Secret), podobny w stylistyce do Dnia zagłady. Na pewno dobrze oddawał ducha kreowanej atmosfery, ale znów pojawił się problem oryginalności. Ogólnie rzecz biorąc, partytura ta dostarczała dużo pozytywnych wrażeń, gdy ktoś szukał w niej liryzmu, chwili zadumy, subtelności; jednak jak na potrzeby golfowych pojedynków i ducha sportu, kompozycje „hornerowskie” miały stanowczo za małą siłę przebicia, choć opartą na melodyjnej rytmice etnicznej, bez obowiązkowych do tej pory werbli i dzwonów rurowych; a więc ciepły optymizm zamiast zastrzyku adrenaliny (na 63 minuty „score`u”, sportowa akcja zajęła tylko 12 minut - Destined for Greatness, „A Win, Finally!” i „He`s on a Roll Now”. A wystarczyłoby tylko wspomnieć o Rudy`m Jerry`ego Goldsmitha lub Grze ich życia Williama Rossa. Po drugie zaś, smyczkowe patie Hornera i jego etniczne nawiązania brzmią miło dla ucha, są pełne romantyki i harmonii, ale są to melodie które regularnie pisywał James w latach 90-tych.

Bobby Jones na pewno nie stał się mocniejszym punktem w filmografii kompozytora. Myślę, że potrzeba by było kilku uważnych sesji z tym albumem, ale spróbować doświadczyć tych pozytywnych emocji, jakie chciał wlać w tę ilustrację jej twórca. Na pewno długość soundtracku mogłaby stanowić przeszkodę, zwłaszcza w sytuacji powtarzalności tematycznej kompozycji na płycie. Skrócenie jej o jakieś 20 minut poprawiłoby niechybnie sam odbiór muzyki. James Horner na pewno zaniepokoił tą partyturą nawet swoich zagorzałych fanów, którzy w roku 2004 doświadczyli innej przeciętnej pracy naznaczonej „self-plagiatyzmem”, jak Troja, czyli klaustrofobiczny Życie, którego nie było. Na pewno Zamach geniusza nie był filmem na tyle ambitnym, aby właściwe zainspirować Hornera, który pozwolił sobie w jego przypadku na pełny „auto-pilot”. Chyba tylko tak, zwolennicy kompozytora tak sobie tę poprawność muzyczną tłumaczyli. Zupełnie inaczej, na muzykę tę mógłby zareagować początkujący maniak soundtracków – nie wykluczone, że spodobałaby mu się prostota, bogactwo tematyczne, melodyka i ten ciepły, liryczny klimat stworzony przez Hornera, a na dodatek ta etniczna stylistyka. Ogólnie więc – tylko średniak, choć całkiem przyzwoity.

Recenzję napisał(a): Szymon Jagodziński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. St. Andrews - 7:16
2. Baby Strokes - 4:05
3. The First Lesson - 4:39
4. Not Just a Game Any More - 3:05
5. Destined for Greatness - 6:52
6. The Painful Secret - 3:42
7. „A Win, Finally!” - 3:36
8. Playing the Odds - 6:07
9. „He`s on a Roll Now” - 2:03
10. The Shot of a Lifetime - 4:47
11. Living the Dream - 10:26
12. End Credits - 6:42

Razem: 63:23



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Geniusz. Odjąć 15 minut z płyty i byłby megakult.

Babuch:

Moja ocena:

Geniusz? Przecież to Braveheart... Wolę oryginał