Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Góra Czarownic (Race to Witch Mountain)

17 Lipiec 2009, 21:18 
Kompozytor: Trevor Rabin

Dyrygent: Gordon Goodwin
Orkiestracje: Gordon Goodwin, Tim Kelly, Paul Linford, Trevor Rabin
Chór: Marshall Bowen
Muzyka dodatkowa: Paul Linford

Rok wydania: 2009
Wydawca: Walt Disney Records iTunes Plus

Muzyka na płycie:
Góra Czarownic (Race to Witch Mountain)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Kariera Trevora Rabina od samego początku, a minął już 12 rok, obracała się głównie w obrębie kina akcji, do którego napisał kilka ciekawych i bombastycznych partytur, takich jak: Lot skazańców, Armageddon, Wróg publiczny lub Strażnicy Teksasu. Nie ma co ukrywać, że od 2002 roku, od czasu Bad Company, nastąpił wyraźny spadek formy kompozytora w tym gatunku filmowym. Tematy przewodnie nadal brzmiały ciekawie i melodyjnie, ale coraz częściej następowała ich podobieństwo z poprzednimi dokonaniami twórcy w minionych latach – przykładem niech będą dwie części Skarbu narodów. Najwyraźniejszy regres nastąpił w samej muzyce akcji, której konstrukcja coraz mocniej przechylała się na stronę bardziej ilustracyjną, coraz rzadziej Rabin pisał dla jej potrzeb osobne tematy, najczęściej ograniczając się do dodania heroicznej wersji tematu głównego. Jako przykład takiego rozwiązania mogą posłużyć choćby, Bad Boys 2 lub Węże w samolocie.

Swoisty przełom nastąpił w 2005 roku, gdy Trevor Rabin zajął się pierwszymi ilustracjami do filmu wojennego – VI. Batalion i Flyboys. Typowo orkiestrowe partytury z rozbudowaną bazą tematyczną, starające się uniknąć kontaktu ze światem *MV, dawały odczucie, że być może muzyk ukierunkuje swoją karierę w tę stronę. Przeświadczenie to wzmacniały inne, bardziej ambitne, także muzycznie, projekty, jak dramat sportowy (Trener, Droga sławy i Gang z boiska – o klasycznych już Tytanach nie wspominam) lub przepiękna muzyka do dramatu sensacyjnego o U.S. Coast Guard Patrol (szkoda, że muzyka ilustracyjna nie została wydana). Przełom ów, niestety, trwał tylko dwa lata. Od 2007 roku, Trevor Rabin powrócił do typowych produkcji w swoim dorobku, a więc niczym nie skrępowana akcja i przygoda – Dorwać Smarta. A bieżący rok, 2009, to już tradycyjny Rabin akcji – trzy filmy i wszystkie utrzymane w tych klimatach – policyjny thriller 12 rund, będący przedmiotem recenzji Góra Czarownic(połączenie kina familijnego, s-f i przygodowego) oraz następna familijna akcja typu G-Force.

Reżyser filmu – Andy Fickman, po raz pierwszy współpracował z południowoafrykańskim kompozytorem. Treść filmu w skrócie przedstawiała się następująco. Ekspert w dziedzinie UFO werbuje taksówkarza (Dwayne „The Rock” Johnson), aby ten ochraniał dwójkę rodzeństwa posiadających nadprzyrodzone zdolności. Rozpoczyna się niebezpieczny wyścig z rządem, mafią i kosmitami podążającymi ich tropem. Premiera filmu miała miejsce 13 marca 2009 roku. Po zaledwie 2 tygodniach wyświetlania w kinach amerykańskich, do kasy wytwórni Walt Disney Pictures wpłynęło prawie 54 mln dolarów. Soundtrack ukazał się 10 marca nakładem Walt Disney Records i jest dostępny tylko do ściągnięcia z netu (tak samo było z *sequelem Skarbu narodów) z Amazon MP3 i iTunes Plus. Na wydaniu mam 55 minut muzyki, z czego pierwsze 10 minut to trzy optymistyczne piosenki utrzymane w konwencji rockowej i country, zaś pozostałych 45 minut do oryginalna muzyka kompozytora.

Skoro więc Trevor Rabin powrócił do kina akcji, a raczej nigdy z niego nie odszedł, to warto się zastanowić na jakością jego pracy. Czy kryzys twórczy w dziedzinie *„action score” minął, czy też systematycznie obniża walory nieskomplikowanych przecież partytur Rabina? Na plus przemawia na pewno fakt, że do nagrania ilustracji Trevor zaangażował 78-osobową The Hollywood Studio Symphony pod batutą głównego orkiestratora, Gordona Goodwina oraz 24-osobowy chór pod kierunkiem Marshalla Bowena. Czy oczekiwania moje były na wyrost?

Temat główny to tradycyjna dla stylu Rabina melodia, pełna optymizmu i heroizmu, oparta na klasycznym instrumentarium połączenia sekcji smyczkowej oraz dętej blaszanej z wiodącą rolą *waltorni i trąbek. Konstrukcja na pewno nie była oryginalna, bardzo przypominała klimat Flyboys, ale mimo wszystko słuchało się tej melodii z lekkością i pewnym zadowoleniem. Ale te warunki odbioru były zaspokojone dopiero wtedy, gdy wyłączało się alarm „auto – pilot”, a po drugie warto nie nastawiać się na żadne oryginalne i epickie fanfary. To zwykły, poprawny Rabin. Podobne tematy kompozytor serwował w swoich partyturach, takich jak obie części Skarbu narodów, czy choćby ubiegłoroczny Dorwać Smarta. Nie ukrywam, że to jeden z najmocniejszych punktów całej ilustracji, choć raczej niezbyt częsty gość na płycie – Long Goodbye, końcówka Tunnel Fight i wpadająca w ucha fortepianowa, a następnie orkiestrowa wariacja w podsumowującym całość Meet the Press. Jednak ten ostatni powrót tematu nie był żadnym ekscytującym finałem, lecz zwykłym pozytywnym zakończeniem.

Kompozytor napisał jeszcze jeden temat, który miał odgrywać rolę epicką, aczkolwiek zbyt duże podobieństwo to tematyki z Piekielnej głębi odbierało trochę przyjemności ze słuchania – Into the Fridge i Stand Off. Niewiele poprawiało użycie tego tematu zarówno w formie triumfalnej, jak i lirycznej. Ot, zupełnie przyzwoity Rabin. Troszkę ciekawszą wersję tego tematu kompozytor zaprezentował w Make Me a Believer, w którym nostalgicznie płynące nuty były regularnie wzbogacane liryczną melodią, wykonywaną albo przez instrumenty dęte drewniane lub solowo brzmiącą trąbkę. Tworzący się wtedy klimat nieco głębszych emocji nasuwał podobieństwa do Ostatniego bastionu, w którym ś.p. Jerry Goldsmith podobnie posługiwał się obu instrumentami dla budowania nastroju.

Dominującą częścią muzycznego materiału na prezentowanym wydaniu stanowiła dynamiczna i agresywna muzyka akcji. I to ją szczególnie poddałem krytyce. Oczywiście pod względem brzmienia Rabin nie posłużył się tu niczym nowym. Druga połowa Into the Fridge stanowiła dla mnie dużą podpowiedź. Niby melodyjne motywy, niby jakiś wzniosły temat na waltornie, niby niczym niezaskakująca stylistyka (a może o to właśnie chodzi), ale radość z odbioru ponownie została zakłócona inspiracjami, tym razem obok Piekielnej głębi doszły także Węże w samolocie. Znowu tylko poprawnie. Ten ostatni tytuł stanowił dla kompozytora wskazówkę do napisania kolejnej porcji hałaśliwej i agresywnej akcji w drugiej połowie Siphon Searches i Excess Baggage. Trochę lepiej było w nieco mylącym w tytule Unidentified Main Titles, Tracking the E.B.E.`s i finałowym Meet the Press, gdzie Rabin całkiem przyzwoicie skopiował (!) namiastkę tematu akcji ze Skarbu narodów, a więc rytmiczna *sekcja smyczkowa, podkreślająca dynamizm gitara elektryczna, wznoszące w tle waltornie i solidne tąpnięcia perkusji. Nieznacznie więcej pomysłu wlał w muzykę akcji w Jack and Kids Escape i Burke`s Deal – mniej hałaśliwej ściany dźwięku, a więcej melodii (energetyzujący motyw smyczkowy); jednak to nadal nie było nic odkrywczego, choć słuchało się lepiej. Train Wreckage Survey to następny, króciutki tym razem, żywiołowy motyw smyczkowy (znowu powrót do Skarbu narodów). Zaczyna się nieźle, lecz w chwilę potem się kończy. Stylizowane dla Jerry`ego Goldsmitha brzmienie niskiego fortepianu rozpoczynało ciekawie Tunnel Fight, ale chwilę potem Rabin zbombardował słuchacza ścianą nut o maksymalnym natężeniu rodem z Wężów w samolocie. Niby wszystkiego tu po trochu, ale za głośno i za mało linii czysto melodyjnej. Stanowiący zwieńczenie całości Convention Escape to nieustanna gonitwa po ekranie, zilustrowana w typowy dla Rabina sposób – trochę elektroniki, trochę gitary elektrycznej i wszechobecna sekcja smyczkowa podająca główny motyw akcji i podkręcająca tempo – jest nieco więcej melodii, ale wszystko brzmi jak typowy Trevor. Sprawdza się, ale bez rewelacji.

Mamy tematykę i akcję. Czas na „suspense”. Bump and Run i Tell Mr. Wolf I Mean It to prosty, gitarowo-elektryczny „suspense”, jako dobry wstęp pod akcję. Typowy “underscorowy” Rabin. Trochę ilustracyjnej elektroniki jako tło, plus rytmiczna perkusja. Na szczęście nie była to żadna pusta papka pod obraz, ale poprawnie wykonany podkład poprzedzający rozwinięcie tematyczne. Dużo słabiej było już w gitarowo-elektronicznym połączeniu agresywnej i raczej mało interesującej w pierwszej części tapety Siphon Searches. Całkiem nieźle wypadł ilustracyjny wstęp do tematu akcji w Burke`s Deal, gdzie Rabin operował rytmiczną sekcją smyczkową, ograniczając rolę elektroniki to tła i hałaśliwej gitary.

Nie ukrywam, że z obecnością chóru wiązałem pewne nadzieje. Niestety, złudne. Partie chóralne pojawiały się bardzo rzadko w momentach „suspensowych”, podkreślając nieco sztucznie epickość tematyczną, czy rozmach muzyki akcji, jaka miała uderzyć w słuchacza niebawem. Przykładem niech będzie początek Into the Fridge. Jako, że brzmienie pozostawało niemal niezmienione, taki chóralne wstawki prezentowały się naprawdę pozytywnie w skali całego albumu. Linia chóru obecna w epickim temacie Stand Off, pełniła raczej rolę tła i w niczym nie podkreślała owej epickości. I to było wszystko. Stanowczo za mało. Rabin ewidentnie zmarnował szansę użycia potencjału 24 głosów, które mogły wzbogacić jego partyturę o nieco szersze brzmienie, wykraczające poza tradycyjny „action score”.

Race to Witch Mountain okazał się typowym produktem w fabryce Trevora Rabina. Nie ma tu tutaj niczego nowego i odkrywczego. To co słuchaliśmy u kompozytora od debiutu w 1996 roku, w ciągu następnych 12 lat niczego nie zmieniło. Tematy główne pozostały melodyjne i heroiczne, ale niemal za każdym razem pojawiało się pytanie: skąd ja to znam? Orkiestracja tez pozostawia trochę do życzenia, tak jakby do filmów akcji przyporządkowany był tylko jeden szablon. Główny fundament muzyczny filmu, czyli akcja, prezentuje wręcz szablonowe, podręcznikowe rozwiązania i stylistykę kompozytora z RPA. Jak widać, kryzys twórczy w tym gatunku, nadal trwa, a nawet się pogłębia. Ogólnie rzecz biorąc, ten soundtrack jest naprawdę przyzwoity, jeżeli nie będziemy od niego oczekiwać zbyt wiele.

Recenzję napisał(a): Szymon Jagodziński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Emergency - 2:59
(wyk. Steve Rushton)
2. Boogie Woogie Saturday Night - 3:30
(wyk. Brokedown Cadillac)
3. Southern Nights - 3:53
(wyk. Brokedown Cadillac)
4. Into the Fridge - 6:50
5. Long Goodbye - 3:01
6. Siphon Searches - 4:00
7. Make Me a Believer - 4:09
8. Bump and Run - 1:14
9. Unidentified Main Titles - 3:10
10. Jack and Kids Escape - 2:58
11. Tell Mr. Wolf I Meant It - 0:50
12. Train Wreckage Survey - 0:46
13. Burke`s Deal - 4:19
14. Tracking the E.B.E.`s - 2:13
15. Stand Off - 1:48
16. Tunnel Flight - 2:17
17. Excess Baggage - 2:08
18. Convention Escape - 3:12
19. Meet the Press - 1:36

Razem:55:03



Komentarze czytelników:

Mefisto:

Moja ocena:

Nic nie oczekiwałem od tego soundtracku, a się zawiodłem - nie ma tu zupełnie nic ciekawego.

Neimoidian:

Moja ocena:
bez oceny

Podziwiam Szymona za to mozolne opracowywanie twórczości Rabina. Ja nie znoszę jego muzyki, więc już od dłuższego czasu świadomie unikam kolejnych płyt.

Shaiman:

Moja ocena:
bez oceny

Nie sluchalem muzyki z albumu, ogladalem jednak film, ktory tak przy okazji jest beznadziejny. Carla Gugino jak zwykle w swietnej formie :P ale reszta zupelnie nie trzyma sie kupy. To samo dotyczy muzyki Trevora Rabina. Nie powiem, zeby to byl dla mnie wybitny kompozytor, ale lubie jego styl. Jednak mam do jego tworczosci pewne zastrzezenia. Jak wiemy zaczynal kariere w zespole Yes, co sie na pewno przelozylo na jego charakterystyczny rockowy styl. I o ile w utwor z czolowki zapowiadal bardzo ciekawa ilustracje dla filmu, swietnie odzwierciedlajacy jego klimat, o tyle potem bylo juz tylko coraz gorzej... Oczywiscie zdarzylo mi sie uslyszec ciekawe sample, za ktore cenie tego kompozytora, ale to byly jedynie wyjatki. No wlasnie, sample. To chyba niezbyt dobry komplement dla autora muzyki filmowej, zeby powiedziec ze lubi sie go za sample, bo tu sie liczy co innego. I wlasnie tutaj lezy problem Trevora. Tworzy swietna muzyke elektroniczna, ale nie bardzo idzie mu okielznanie orkiestry. Swoja droga, w takim razie nie wiem jakim cudem udalo mu sie stworzyc, naprawde solidny 6 dzien (wprawdzie mocno podrasowany syntezatorami, ale jednak) czy Skarb Narodow (moze bardzo przebarwiony, ale taki byl wlasnie film). Jak dla mnie Rabin sprawdza sie jako wspolkompozytor, bo razem z Gregson-Williamsem tworzy bardzo konkretne soundtracki (Armageddon). Albo powinien zajac sie tym co potrafi najlepiej - zabawa z komputerami, tworzac utwory ala 60 Seconds czy The One.