Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Deadfall

29 Czerwiec 2004, 10:42 
Kompozytor: John Barry

Orkiestracje: John Barry
Dyrygent: John Barry
Wykonanie: London Philharmonic Orchestra
Gitara: Renata Tarrago

Rok wydania: 1968/1997
Wydawca: Retrograde/FSM

Muzyka na płycie:
Deadfall

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Rok 1968 wielu fanów Johna Barry’ego uważa za najlepszy w jego karierze. Powstały, bowiem wtedy cztery wyśmienite, nowatorskie partytury, pokazujące artystę u szczytu formy: chóralno-symfoniczny, średniowieczny The Lion In Winter, za którego Anglik zasłużenie otrzymał Oscara i BAFTĘ; przenikliwa, jazzowa ilustracja skomponowana do melodramatu Richarda Lestera Petulia a także ekstrawagancki, psychodeliczny *score skomponowany do dramatu Josepha Loseya - Boom!. Chyba najbardziej zapomnianym projektem Anglika z tegoż roku, jest Deadfall - niestety ostatni już obraz, przy którym współpracował ze sobą zgrany duet reżysersko-kompozytorski Bryan Forbes i John Barry. Główną rolę zagrał Michael Caine, przez lata bliski przyjaciel angielskiego kompozytora. Obraz traktuje o skomplikowanych związkach między eks-alkoholikiem, młodą kobietą i jej podstarzałym mężem, który skrywa przed swoją żoną tragiczną prawdę. W trójkę decydują się obrobić z kosztowności posiadłość bogatego playboya i muzyka w jednej osobie. Film jest ponoć nudny i nieudany a w pamięci krytyków i widzów pozostała jedynie najciekawsza scena filmu, czyli 23-minutowa sekwencja rabunku, która otrzymała za sprawą Johna Barry`ego wspaniałą i nieszablonową ilustrację muzyczną.

Muzyki z filmu Deadfall możemy posłuchać dzięki Lukasowi Kendallowi z Film *Score Monthly, który w 1997r wydobył ją na światło dzienne z archiwów Foxa. Na okładce od razu rzuca się w oczy nazwisko Shirley Bassey. Przy filmie Deadfall dysponująca niepowtarzalnym, hipnotycznym głosem Angielka współpracowała po raz trzeci z Johnem Barry. Powstała do tego filmu piosenka My Love Has Two Faces to gorzka ballada w latynosko-jazzowym stylu, będąca swoistym prologiem dla dalszych zdarzeń z filmu. Na albumie znajdziemy dwie różne wersje instrumentalne oraz drugą wersję wokalną, wykonaną przez nieznanego piosenkarza. Niestety nawet wydawcy soundtracku nie wiedzą, kto zaśpiewał tę wersję. Skromne elementy tej kompozycji pojawią się również w The Meeting.

To nie piosenka jest najważniejszym utworem na płycie. Jest nim Romance for Guitar and Orchestra. Ta piętnastominutowa perełka z kilku powodów należy do kompozycji istotnych dla kinematografii. Zacznę od tego, że jest to bodaj pierwszy koncert gitarowy skomponowany na potrzeby kina i jedyny koncertowy utwór w długiej karierze Brytyjczyka. Po drugie, w filmie widzimy Johna Barry’ego dyrygującego orkiestrą, która wykonuje tę kompozycję w filharmonii. To drugi przypadek w światowym kinie, gdy kompozytor pojawia się w filmie wykonując własny utwór. (Po raz pierwszy taką sytuację mieliśmy w przypadku Bernarda Herrmanna i Człowieka, który wiedział za dużo) Lecz najważniejsze jest to, że Romance... pełni jednocześnie dwie funkcje, bowiem służy w filmie także jako underscore w odbywającej się równolegle z koncertem długiej sekwencji rabunku. Warto dodać, że Barry skomponował koncert przed nakręceniem zdjęć, mając przed sobą tylko scenariusz filmu i konkretne ramy czasowe, w których ma się zmieścić.

Jak sam tytuł utworu wskazuje wiodącym instrumentem jest tu gitara klasyczna. Do wykonania partii gitarowych w tym i innych utworach John Barry zaprosił wybitną hiszpańską gitarzystkę flamenco Renatę Tarrago (widać ją oczywiście także w filmie), która towarzyszy słynnej London Philharmonic Orchestra. Romance For Guitar And Orchestra zawiera w sobie melodyjny liryzm, melancholijne partie smyczkowo-gitarowe, ale także brawurę, napięcie i przygniatający dramatyzm. Grająca na gitarze Renata Tarrago doskonale współgra z pozostałymi instrumentalistami. Nie tylko po wirtuozersku radzi sobie z każdą karkołomną partią muzyki, ale pomaga rozkręcić się dużej orkiestrze, jak i świetnie „wygasza” atmosferę po niezwykle potężnych „wyładowaniach” orkiestry, które wielu słuchaczy zapewne przyprawią o palpitację serca. Choć Barry wielokrotnie komponował w przeszłości na gitarę, to Romance... jest pierwszą tego typu kompozycją w jego karierze, z tak zaawansowanymi chwytami i partiami gitarowymi. Tym utworem John Barry wyprzedził swoją epokę. Zdobył się na coś, czego nikt inny wcześniej nie dokonał. Udało mu się stworzyć unikalny utwór, będący jednocześnie ilustracją perfekcyjnie współgrającą z obrazem jak i autonomiczną artystyczną kompozycją, która żyje własnym życiem i przy okazji rewelacyjnie spisuje się poza filmem.

Pozostałe trzy kompozycje nie są już tak frapujące, aczkolwiek prezentują wysoki poziom. W bardzo sugestywnym, smyczkowym The Meeting Barry skupia się na pogmatwanych, pełnych fałszu relacjach między małżeństwem włamywaczy. Z kolei The Last Deadfall to długa, suspensowa kompozycja o bardzo charakterystycznej dla Anglika repetytywnej konstrukcji, jaką prezentował chociażby w The Laser Beam i Space March ze swych bondowskich ilustracji. Hiszpańskie lokacje filmu sugeruje rytmiczny, skoczny Statue Dance. Barry wykorzystał tutaj m.in. klasyczną gitarę i bardzo charakterystycznie, latynosko brzmiącą sekcję dętą, tworząc utwór bardzo zbliżony klimatami do swej muzyki z dramatu Petulia. Pozostaje mi wyrazić żal, iż płyta nie zawiera całego materiału, brakuje m.in. świetnej wariacji na temat główny z napisów końcowych. Oryginalne taśmy odnalezione w studiach Foxa, były niekompletne i ostatecznie słyszymy 90% materiału z filmu.

Za wydanie tego albumu, Lukasowi Kendallowi z Film Score Monthly należy się dużo ciepłych słów. Cały materiał pomimo swojego wieku brzmi po prostu fantastycznie. Szesnastostronicowa książeczka zawiera doskonałą notkę autorstwa Jona Burlingame, który dokładnie rozszyfrował wszystkie utwory, a także notki: reżysera Briana Forbesa i producenta płyty Lukasa Kendalla, no i naturalnie garść fotosów. Przyznam, ze to jedno z najlepszych wydań, z jakimi do tej pory się spotkałem.

Miałem naprawdę spory problem z wystawieniem adekwatnej i rozsądnej oceny tej produkcji. Album prezentuje wysoki poziom, jednak liczy osiem utworów zaprezentowanych w przypadkowej kolejności, zaś jeden utwór trwa niemal tyle ile pozostałe siedem. Ostatecznie wystawiam czwórkę, ze względu na piosenkę Shirley Bassey a przede wszystkim Romance For Guitar and Orchestra - bo jest to bez wątpienia jedna z najważniejszych i najciekawszych kompozycji filmowych lat 60-tych. Ten fenomenalny i ponadczasowy utwór czyni album Deadfall pozycją obowiązkową do przerobienia dla każdego szanującego się fana symfonicznej muzyki filmowej.

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. My Love Has Two Faces (Vocal) - 3:52
2. The Meeting - 2:45
3. Statue Dance - 2:44
4. The Last Deadfall - 6:13
5. My Love Has Two Faces (Instrumental) - 3:16
6. Romance For Guitar And Orchestra - 14:12
7. My Love Has Two Faces (Male Vocal) - 3:32
8. My Love Has Two Faces (Instumental Demo) - 3:18

Razem: 39:52



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Prawie całkowicie się zgadzam ;-) Ocena według mnie ciut za wysoka, bo rzeczywiście na albumie warta jest tylko ta suita, piosenka i wydanie. Reszta zaniża poziom i ocenę płyty. Szkoda że nie widziałem filmu, ale podobno ekstra wyglądała ta scena gdy Barry dyrygował koncertem :)

krakers:

Moja ocena:
bez oceny

I znowu robi sie nam strona o Barrym. Ciekawe ze najlepsze recenzje powstaja o muzyce Barry`ego. Czy redaktorzy nie potrafia recenzowac tak dobrze muzyki innych kompozytorow (recenzje Barryego - 46, Williams - 16, Horner - 20, Gregson-Williams - 5, liczby mowia same za siebie...)

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Skoro zacząl Pan od liczb to musze powiedzieć że Barry`ego nie jest najwięcej - Jerry Goldsmith ma u nas pałeczkę jak dotąd :P Co do poziomu recenzji - no cóz widocznie tylko Damian z Januszem naprawdę wiedzą o czym piszą skoro Pan tak chwali ich poziom merytoryczny (przynajmniej tak wywnioskowałem z komentarza). Może inni nie wkładają serca w te recki swoje? :) Nie wiem - wiem jedno - to że ostatnio kilka recek Barryego się pojawiło częsciej niż zwykle to nie powód żeby mówić że Barryego jest najwięcej - liczby nie kłamią :) Pozatym ostatnio to jeden z naszych czytelników nakręca koniunkturę bo przygotowuje się zapewne do pisania biografii Barry`ego jako pracy magisterskiej z polonistyki, i zadaje wiele pytań - nieprawdaż Paweł ? ;-) Czym sam nakręca towarzystwo na syskusję o Barrym. Za niedługo będzie tez mój pierwszy i jedyny tekst o Barrym - a w sumie artykuł związany z Barrym. Ale o tym cisza narazie ;-) Tak chciałem powiedzieć czego się mogą czytelnicy spodziewać :) Pozdrawiam i na koniec jedno - KAŻDY MOŻE odmienic los tego portalu który niechybnie stacza sie do portalu tylko o Barrym ;-) - POPROSTU SAMEMU PISZĄC RECKI TEGO CZEGO SIE LUBI powodując to że Barryego będzie mniej! Troszke obiektywizmu Panowie. Pozdrawiam!

Paweł Stroiński:

Moja ocena:
bez oceny

Dobra, dobra, Adam :D. Czytałem ostatnio trochę waszych recenzji i zdarzają się ziółka (określić syntezator Goldsmitha jako klawesyn?), poza tym faktycznie błędy językowe (czasem dość zabawne, z recenzji Uciekających kurczaków na końcu wynika, że panowie Gregson-Williams i Powell są współautorami nie tylko muzyki, ale i filmu). Wracając do spraw poważniejszych. Panie krakers, ten problem był już omawiany, z moim osobistym udziałem, niestety pan Łukasz skasował tą dyskusję, gdyż jego zdaniem zaszła za daleko (za co przepraszam, czasem mnie faktycznie poniosło). Nie tylko ja tak uważam, jak mówiłem. I faktycznie, recenzje Barryego są tu najlepsze :).