Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Wiatr i lew (The Wind and the Lion)

18 Wrzesień 2006, 12:13 
Kompozytor: Jerry Goldsmith

Rok wydania: 1975/1990
Wydawca: Intrada Records

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Wiatr i lew (The Wind and the Lion)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Ta muzyka była nominowana do Oscara
SATYSFAKCJA GWARANTOWANA - nagroda Soundtracks.plNa początku XX wieku, w roku 1904, przywódca berberyjskich rebeliantów (Sean Connery jako Mohammed El - Raisuli) uprowadza z Tangeru w Maroku Eden Pedecaris (Candice Bergen) i jej dzieci. Porwanie Amerykanki doprowadziło do międzynarodowej afery. Początkowo prezydent USA Theodore Roosevelt (Brian Keith) próbował ją odbić przy pomocy dyplomatycznych rozmów. Konieczna jednak okazała się interwencja militarna, najpierw Stanów Zjednoczonych, a następnie również Niemiec. Tymczasem piękna Eden nawiązała ze swoim porywaczem bardzo interesujące rozmowy, w czasie których odkryła, że arabski szejk jest niezwykle fascynującym mężczyzną. Za sterami tej kosztującej wtedy 4 mln dolarów produkcji, stanowiącej połączenie kina przygodowego z melodramatem, stanął John Milius. Nazwisko reżysera wiąże się fanom muzyki filmowej z Basilem Poledourisem, który napisał muzykę do jego kolejnych filmów - Conan the Barbarian (1982), Red Dawn (1984), Farewell to the King (1989) i Flight of the Intruder (1991). Zanim jednak to nastąpiło batutę orkiestry na planie The Wind and the Lion objął Jerry Goldsmith.

Premiera filmu odbyła się 22 maja 1975 roku. Akademia Filmowa nagrodziła go dwoma nominacjami do Oskara – za dźwięk i muzykę. Ta ostatnia została także wyróżniona kolejnymi nominacjami do prestiżowych nagród – Grammy Awards i BAFTA Awards. Od początku stało się jasne, że Jerry Goldsmith skomponował jedną ze swoich najbardziej udanych partytur, która równie szybko stała się klasykiem oraz drogowskazem dla innych kompozytorów zastanawiających się – jak zabrać się za muzykę do filmu przygodowego? Muzyka z filmu ukazał się w tym samym roku na płycie analogowej nakładem Arista Records, jednak fani soundtracków na CD musieli poczekać aż 15 lat. Dopiero w 1990 roku Intrada Records wydała oficjalnie album zawierający niemal 40 minut „original score”.

Chociaż akcja filmu dzieje się w Maroku, instrumentarium etniczne niezbędne do podkreślenia arabskiego klimatu wcale nie jest wszechobecne i dominujące. Jest to typowy, mocarny Goldsmith, gdzie prym wiedzie orkiestra z potężną sekcją dętą (dominują *waltornie i trąbki), nieodzownymi smyczkami i eksplodującą perkusją o niespotykanych dotąd rozmiarach (kotły rządzą!). Przypominało mi to nieco egzotyczne rytmy z Planet of the Apes. Nie jest to bynajmniej żadna bezmyślna ściana dźwięku. Od pierwszych minut albumu słyszymy, że Goldsmith był w doskonałej formie. To niezwykle przemyślana, melodyjna i bogata tematycznie partytura, w której każda sekcja ma do odegrania swoją rolę. Z pewnością będzie ona inspiracją dla kompozytora, który jeszcze nie raz napisze muzykę do filmu tego typu – Lionheart, First Knight, The Mummy czy The 13th Warrior.

Całość ilustracji Goldsmith podparł na trzech tematach głównych, zaś każdy z nich to mała „perełka”. Pierwszym z nich jest heroiczny temat epicki (Main Title) przewijający się przez album i za każdym razem brzmiący niesamowicie dostojnie. Mamy tu wszystko to, co u Goldsmitha najlepsze – waltornie, trąbki, *sekcja smyczkowa i kotły. To jeden z najlepszych tematów triumfalnych kompozytora. Dzięki niemu od razu wiemy z czym będziemy mieli do czynienia – z arabską przygodą w towarzystwie uczuciowych uniesień głównych bohaterów. Ciekawą odmianę tematu mamy w The Raisuli. Nie jest ona dynamiczna i agresywna, wręcz przeciwnie – brzmi w sposób stonowany, dostojny i subtelny. Zawdzięcza ona to z pewnością obecności klarnetu, który nie pozwolił „wyrwać się przed szereg”. Zresztą nie musiał. Tuż po nim Goldsmith sam podkręcił tempo orkiestry. Powrót do dynamicznej wariacji tematu heroicznego nastąpił w Raisuli Attacks, najbardziej żywiołowym popisie akcji w tej partyturze. Niezwykle ciekawą konstrukcją jest Lord of the Riff. Składa się on z trzech części – najważniejszą i najlepszą stanowi triumfalny powrót do tematu heroicznego ze wszystkimi jego elementami. Jest nawet lepszy. Rozbudowane i wkraczające kolejnymi sekcjami instrumentarium dęte blaszane (waltornie i trąbki wiodą tradycyjnie przodownictwo) nadało nowy wymiar głównemu tematowi w filmie. Co ciekawe, uzupełniają go dwa następne tematy – liryczny i akcji, prze co całość stała się swego rodzaju suitą pokazującą co soundtrack ten ma najlepszego do zaoferowania. Najbardziej liryczną, wręcz nostalgiczną, wariacją tematu głównego jest The Legend, gdzie temat dosłownie „płynie”, zaś melodię podają kolejno flet, fagot, wiolonczela i *smyczki. Doskonale konkuruje on z właściwym tematem romantycznym. Ciekawe jest jego zakończenie – perkusonalia w roli głównej. Przed finałem Jerry zaprezentował pewien rodzaj podsumowania tematu głównego, także w klimacie bardziej subtelnym połączonym z motywem amerykańskim. Tym razem nie biją nas po uszach fanfary, lecz nostalgiczne motywy na klarnet, smyczki, trąbki i waltornie. Całość przypominała spokojne chwile z First Knight. Świetne jako wstęp do końcowej suity.

Drugi temat przewodni odpowiada za romantyczną część filmu. Goldsmith tym razem dał pole do popisu cudownie brzmiącej sekcji smyczkowej, idealnej w klimatach lirycznych. Dodatkowo została ona uzupełniona o subtelnie brzmiącą trąbkę, a później bardziej pokaźną sekcję dętą blaszaną, która raz pełni funkcję tła, zaś innym razem wychodzi na plan pierwszy. Melodia jest raz delikatna i subtelna, a raz bardziej wzniosła i nieco dramatyczna. To jakby dwie twarze tematu romantycznego. Na albumie temat ten został umieszczony za otwierającym tematem heroicznym – I Remember. Dużo bardziej nostalgicznie i kojąco zabrzmiał on w True Feelings, gdzie obok smyczków Jerry postanowił na wzruszające tony klarnetu przypominającego klimat starszego tylko o dwa lata Papillon. Nie zabrakło go nawet w muzyce akcji, gdzie stanowi dramatyczne, ale jednak nieco wyciszające zakończenie agresywnego Raisuli Attacks.

Skoro Wiatr i Lew to film przygodowy nie mogło braknąć także dynamicznej muzyki akcji, w pisaniu której Jerry Goldsmith zawsze był mistrzem. Dla jej potrzeb powstał nawet specjalny temat mający formę fanfar na waltornie (było to jakby dalsze rozwinięcie tematu heroicznego). Oczywiście będzie on pojawiał się w różnych wariacjach dostosowanych do konkretnych scen w filmie. Po raz pierwszy możemy posłuchać fenomenalnej wręcz muzyki akcji w trzecim z kolei utworze – The Horsemen. Pełno tutaj marokańskich rytmów ilustrowanych tętniącą perkusją oraz różnego rodzaju cymbałami i tamburynem, dynamicznych pokazów muzyki triumfalnej, szalejącej sekcji smyczkowej, zaś całość składała się na potężny pokaz niezwykłego talentu kompozytora w pisaniu żywiołowej i melodyjnej muzyki akcji. Kolejna wariacja tematu akcji (tym razem na puzony i trąbki) powróciła przy okazji The Raisuli, gdzie obok części tematycznej słyszymy pędzącą galopem sekcję smyczkową z kotłami z następnym melodyjnym pasażu akcji. Do podobnych rozwiązań Jerry powrócił w 1999 roku przy okazji The Mummy. Kulminację akcji w muzyce przyniósł Raisuli Attacks, w którym Goldsmith pokazał, dlaczego nikt nie pobije go w kinie akcji. Czego tutaj nie ma? Temat heroiczny, temat akcji rozpisany na muskularnie brzmiącą sekcje smyczkową oraz trąbki (już dawni nie słyszałem tak dynamicznych motywów na tym instrumencie), dudniące kotły i etniczne perkusonalia, a na finał nawet dramatycznie brzmiący temat romantyczny. Może i brzmi to jak ściana dźwięku, ale nie jest to żaden niekontrolowany hałas – wszystko jest na swoim miejscu, poukładane i wkraczające do akcji dopiero na sygnał Goldsmitha. Jeśli jakiś młody kompozytor chce znaleźć swoje miejsce w tym gatunku kina – wie, na czym się powinien wzorować i uczyć.

Na albumie mamy też trochę muzyki stonowanej, ale niepozbawionej lirycznej wymowy, uroku i melodyjności. Poza tym, Goldsmith kilkakrotnie „przenosił” do nich fragmenty tematów wiodących, przez co nabierały one cech ciągłości z warstwą tematyczną partytury. Dobrym przykładem niech będzie poboczny motyw amerykański The True Symbol, brzmiący jak połączenie żołnierskiej elegii (coś w rodzaju Patton) z stonowanym tematem lirycznym. Na przemian więc przewijają się wejścia trąbek i waltorni w dramatycznej i subtelnej formie oraz smyczków i klarnetu w klimacie bardziej lirycznym. Ten nieco zmilitaryzowany kawałek możemy śmiało nazwać tematem Roosevelta. Akurat ten utwór stanowił dobre wyciszenie „przed burzą”, jaką przyniósł Raisuli Attacks. Podobnie Goldsmith podszedł do kompozycji opisujących podwładnych Raisuli`ego. Ten motyw arabski „chodził” głównie na etnicznym instrumentarium i dostosowanym do niego brzmieniu klasycznym – flet w spokojnym The Thent oraz „nisko brzmiąca” sekcja smyczkowa z waltorniami w dramatycznym The Palace. Przypominało mi to nieco Tora! Tora! Tora!. Oczywiście nie zabrakło nawet tutaj obecności tematu głównego, zarówno w instrumentacji dętej blaszanej, jak i drewnianej. Wszystko dostosowane do klimatu – raz głośniej, raz ciszej. Kolejny motyw arabski, tym razem w barwie optymistycznej (przypomina to nieco arabskie targowisko) z wyraźną obecnością tematu przewodniego w wykonaniu sekcji smyczkowej możemy usłyszeć w Camp Morning. Kompozytor obok tradycyjnych instrumentów, jak flet, bas, smyczki i etniczna perkusja, posłużył się także dźwiękami wodnego kurantu.

Finalna suita Something of Value to idealnie połączenie trzech tematów głównych. Zaczyna się od wzruszającego tematu romantycznego na sekcję smyczkową, po którym z głośników zaczynają bić kotły zwiastujące prezentację dynamicznego tematu akcji i całej jego żywiołowej otoczki; pomiędzy tę ścianę przebija się temat heroiczny, zastąpiony rychło powrotem tematu romantycznego, tym razem rozpisanego na całą orkiestrę. Trochę szkoda, że całość partytury kończy się tak spokojnie, aż prosiłoby się o wybuchowy finał, jak w przypadku First Knight lub The Mummy.

Krótkie podsumowanie. The Wind and the Lion to klasyk w filmografii kompozytora i w gatunku kina przygodowego w ogóle. Naprawdę można żałować, że na albumie jest niecałe 40 minut materiału. To jego największa słabość. Tematyczność, linia melodyjna i bogactwo emocjonalne to z kolei jego największe atuty – nie można przejść obojętnie wobec trzech napędzających tę machinę tematów głównych – heroiczny, romantyczny i akcji. Do tego dochodziło kilka motywów uzupełniających, w tym jeden amerykański i dwa arabskie. To bogactwo pozostawiło trwały ślad w twórczości Jerry`ego – kolejne jego partytury przygodowe (i nie tylko jego) będą sięgały do roku 1975 jako źródła wzoru i inspiracji. Polecam ten soundtrack każdemu. Jerry Goldsmith w najwyższej formie.

Recenzję napisał(a): Szymon Jagodziński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Main Title – 1:29
2. I Remember (Love Theme from „The Wind and the Lion”) – 2:43
3. The Horsemen – 3:11
4. True Feelings – 2:32
5. The Raisuli – 2:11
6. The True Symbol – 2:34
7. Raisuli Attacks – 3:17
8. Lord of the Riff – 2:42
9. The Thent – 1:49
10. The Palace – 2:29
11. The Legend – 4:00
12. Morning Camp – 3:19
13. The Letter – 2:33
14. Something of Value – 3:48

Razem: 38:46

Dyrygent: Jerry Goldsmith
Orkiestracje: Arthur Morton



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Co tu dużo pisać... Klasyk jakich mało! Poprostu geniusz... Takiej muzyki filmowej już się dziś nie pisze.

TomekK:

Moja ocena:

Długo polowałem na ten soundtrack az wreszcie sie udało.Obok podobnej Masady jest to wg.mnie moj najlpeszy score ktory skomponowal J.Goldsmith .Klimat podobny i motywy przewodnie wpsaniale. Szymon czekam na twoja recenzje The Boys From Brazil. Pozdrawiam wszystkich fanow Jerrego Goldsmitha.

Luke:

Moja ocena:

Czy można go kupić gdzieś w Polsce?

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Nie. Nowe wydanie na 2CD w wersji bez limitu jest dostępne w USA. Wydawcą jest Intrada.