Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń (Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events)

18 Luty 2005, 14:17 
Kompozytor: Thomas Newman

Dyrygent: Thomas Newman
Orkiestracje: Thomas Pasatieri

Rok wydania: 2004
Wydawca: Sony Classical

Muzyka na płycie:
Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń (Lemony Snicket

Ta muzyka była nominowana do Oscara
Thomas Newman coraz odważniej wkracza w świat rodzinnej rozrywki. Nie tak dawno temu zelektryzował krytyków swoją adaptacją przygód rybek w morskim oceanie ze stajni „małżeństwa” Disney/Pixar (chociaż z tego co słyszałem, to szykuje się rozwód :-), a od niedawna możemy usłyszeć jego muzykę w kolejnym filmie rodzinnym. Nie jest to już jednak tak lekka i … niewinna muzyczka, w tym projekcie Newman pokazuje styl, z jakiego go doskonale znamy – mroczny, ciemny, tajemniczy i przede wszystkim – klimatyczny.

„Lemony Snicket’s A Series of Unfortunate Events”, to adaptacja bestsellerowej powieści Daniela Handlera (ukrywającego się pod pseudonimem Lemony Snicket), oparta na pierwszych trzech książkach, 11 tomowej (jak na razie) serii. Wydarzenia, jakie przedstawia autor, doprawdy są dość nieszczęśliwe, i stanowią istne zaprzeczenie trendu literatury dziecięcej, ale jakież to wszystko … prawdziwe. Historie opisywane przez autora, pełne są ludzi złych, chciwych i zakłamanych (samo życie).

W skrócie chodzi o los trójki dzieciaków w rożnym wieku (z czego żadne nie jest jeszcze dorosłe i w tym tkwi problem). Otóż, szanowna młodzież dostaje tragiczną wiadomość, traktującą o śmierci rodziców w pożarze domu, przez co cała trójka uzyskuje status sierot. A to bynajmniej nie jest koniec złych wiadomości. Okazuje się, że rodzice pozostawiają swoim dzieciom pokaźną fortunę (to akurat dobra wiadomość :P), jednak stanie się ona ich własnością, dopiero gdy najstarsze uzyska pełnoletność. Do tego czasu sieroty Baudelaire odsyłane są pomiędzy podłymi krewnymi, między którymi znajduje się narcystyczny hrabia Olaf (aktor – amator), mający oczywiście zamiar, brutalnie zagarnąć wszystkie pieniądze dla siebie (tak to jest, z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach…).

Czytając to krótkie streszczenie, pierwszy kompozytor, który byłby wstanie napisać atrakcyjną i ironiczną muzykę do tak pokręconego i mrocznego filmu, jaki przychodzi ma myśl doświadczonemu słuchaczowi, to Danny Elfman. Drugi na myśl oczywiście przyplątuje się Newman – mistrz muzycznego minimalizmu i klimatycznych niedopowiedzeń.

Więc jak sobie poradził Thomas w tym kolejnym podejściu do kina familijnego? Odpowiedź jest dwuznaczna: i dobrze i źle. Siłą albumu jest klimat i styl. Tak, tego odmówić Newmanomi nie można. Kompozytor genialnie radzi sobie z wprowadzaniem posępnego nastroju, korzystając jednak ze standardowych (jak na niego) środków: charakterystyczne *smyczki, fortepian, gitary, skąpa sekcja „brass”, syntezatory (piękne „pomruki” elektronicznych basów) i bogata paleta dzwoneczków, trójkątów i grom wie czego jeszcze. To samo słyszeliśmy w „Amreican Beauty”, „Road to Perdition” czy niedawnym dziele życia kompozytora: „Angels In America”, jednak styl muzyczny, jakim twórca ten się posługuje, jest na tyle niepowtarzalny, że w tej całej wtórności trudno mu odmówić oryginalności (trochę to kuriozalne).

Ilość tematów, jakie stworzył Newman jest imponująca – jest ich tak na oko ponad 8. W większości są to mało charakterystyczne melodie, mające na celu zbudowanie odpowiedniego klimatu, dlatego nie mam zamiaru komentować wszystkich, jednak kilka wybija się na podium i kilku z nich wspomnę. Zdecydowanie najlepszy jest smutny, spokojny temat, rozpisany na fortepian – „Resilience”, czy rewelacyjne końcowe: „The Letter that Never Came”. To wyjątkowej urody melodia, i mimo, że przypomina temat „Nemo” to łezka się na rzęsie trzęsie podczas jego słuchania – zdecydowany Highlight albumu. Warto wspomnieć też o pioseneczce autorstwa Newmana i Billa Bernsteina „Loverly Spring”. Może trochę tekst jest naiwniutki, ale sama melodia stanowi ciekawy i zabawny pokaz możliwości Newmana. Szczególnie pierwsze wejście tej kompozycji jest intrygujące – słyszymy ją natychmiast po włączeniu kompaktu, jednak wspomniany pogodny temat kończy się równie szybko jak się zaczął - wylany jest nam kubeł zimnej wody na głowę, po którym mają miejsce już dużo poważniejsze i depresyjne tematy kompozytora (myślę, że równie szybko skończył się dobry nastrój filmowego rodzeństwa Baudelaire).

Bardzo ciekawy pomysł pojawia się na samym końcu płyty, mam tu na myśli napisy końcowe, czyli „Drive Away”. Utwór ten jest prawie w całości oparty na elektronicznych syntezatorach, z „żywych” instrumentów mamy tu tylko ewentualnie gitary, dzwoneczki i tamburyn, jego konstrukcja oparta jest na praktycznie nieustannym powtarzaniu jednej frazy (w połowie wchodzi mały „bridge”), ale ma on coś w sobie, coś co mnie może nie zachwyciło, ale poważnie zainteresowało, i to w sumie dobrze, bo album niestety momentami nuży, i taki interesujący epilog to dobra rzecz.

Myślę, że problem tej płyty polega na złym doborze materiału. Często narzekam, że soundtracki są za krótkie, ale w tym wypadku ten prawie 70 minutowy *score powinien być skrócony, i to o co najmniej 15 – 20 minut. Newman niestety kilkukrotnie powtarza wiele schematów aranżacyjnych, które mnie osobiście poważnie znudziły. Album zawiera szereg naprawdę znakomitych pomysłów i ciekawych aranżacji połączonych z elementami etnicznymi (np.: „Regarding the incedibly deadly viper”, „Puttanesca”, „One last look”, „The Letter that Never Came”, „Reptile Room”), jednak wartość tych fragmentów zamazuje się w natłoku tego specyficznego dla Newmana mglistego underscoringu, i kilku denerwujących melodii (szczególnie irytujący temat Ciotki Josephine - „Concerning aunt Josephine”, w którym kompozytor wykorzystuje jakieś miauczenie kota, które mnie do szału doprowadzało… a może takie było zamierzenie twórcy, kto wie…).

Wydaje mi się, że przy odpowiedniejszym „przycięciu” tego materiału (i posklejaniu go na mniejszą ilość tracków, bo w tym tradycyjnym Newmanowskim podziale na prawie 30 utworów, można się pogubić), powstałaby nadzwyczaj ciekawa płyta, a tak niestety zdarzało mi się ziewać. Nie zmienia jednak to faktu, że „Lemony Snicket” to całkiem ciekawe i intrygujące podejście do instrumentalizacji kina familijnego, ale od kompozytora który całkiem niedawno „popełnił” tak poruszające dzieło jak „Angels In America”, oczekiwałem czegoś charakterystyczniejszego. Fani nietuzinkowego i oryginalnego brzmienia będą usatysfakcjonowani, klimatu i stylu także kompozycji tej odmówić nie można, ale zapoznanie się z tym „źle skrojonym” materiałem nie przychodzi łatwo, co nie oznacza że nie warto się „pomęczyć” (i ziewnąć odrobinkę momentami w oczekiwaniu na ciekawe fragmenty :-)

Recenzję napisał(a): Rafał Mrozowski   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:


Lista utworów:

1. The Bad Beginning* - 3:20
2. Chez Olaf - 3:12
3. The Baudelaire Orphans - 2:32
4. In Loco Parentis - 1:28
5. Resilience - 2:30
6. The Reptile Room - 1:36
7. An Unpleasant Incident Involving a Train - 4:52
8. Curdled Cave - 2:04
9. Puttanesca - 2:41
10. Curious Feeling of Falling - 1:46
11. Regarding the Incredibly Deadly Viper - 2:34
12. The Marvelous Marriage - 0:53
13. Lachrymose Ferry - 0:38
14. Concerning Aunt Josephine - 2:09
15. VFD - 1:11
16. The Wide Window - 1:12
17. Cold as Ike - 2:45
18. Hurricane Herman - 2:19
19. Snaky Message - 2:31
20. The Regrettable Episode of the Leeches - 2:45
21. Interlude with Sailboat - 1:05
22. Verisimilitude - 2:17
23. Loverly Spring* - 1:50
24. A Woeful Wedding - 3:22
25. Attack of the Hook-Handed Man - 2:23
26. Taken by Surpreeze - 2:02
27. One Last Look - 1:42
28. The Letter that Never Came - 4:14
29. Drive Away (End Title) - 5:05

Razem: 68:58
*by Thomas Newman & Bill Bernstein



Komentarze czytelników:

JazzO:

Moja ocena:

Całkowicie zgadzam się z Rafałem. "Lemony Snickets..." to kompozycja ciekawa pod względem brzmieniowym i aranżacyjnym, ale w wielu miejscach o bardzo niskiej słuchalności...nie na Oscara.

MaciekG.:

Moja ocena:

Jak dla mnie to klapa. Muzyka na samej płycie jest nudna. W filmie inaczej odebrałem te dźwięki, nawet mi się podobały. Niestety zawiodłem się słuchając tego soundtracku. Moja ocena to 2+. Dałbym więcej gdyby podobała mi się tak jak podczas projekcji.

Caparso:

Moja ocena:

Podpisuję się pod Rafałem Mrozowskim i Jazzem. Klimatyczna, nowatorska muzyka ale raczej mało pociągająca...Polecam tylko fanom Newmana.

Wojciech Zacharski:

Moja ocena:

Podczas pierwszej projekcji tego filmu, gdy usłyszałem pierwsze nuty muzyki pomyślałem, że z pewnością będzie ona ciekawa... i tak też się stało. W filmie buduje ona napięcie, natomiast na płycie nie oddaje ona już tego, co było jej zamiarem początkowym, ale mimo to jest ciekawa pod względem brzmieniowym.

jr:

Moja ocena:

Muzykę Newmana kocham nad życie, dlatego muszę się trochę pozachwycać. Po pierwsze: rewelacyjne zamknięte melodie (Taken by Supreeze, Letter that Never Come, Puttanesca, In Loco Parents). Wyraźny, charakterystyczny i bardzo intrygujący motyw. No i całość. Niesamowicie klimatyczna. Ten soundtrack otworzył mi drogę nie tylko do twórczości Newmana, ale muzyki filmowe w ogóle. Z tego względu mam do niej duży sentyment, choć oczywiście "Anioły w Ameryce" są najpiękniejszym dziełem tego kompozytora, mimo iż nie wykorzystał (moim zdaniem) potencjału "Main Title". Według mnie powinien go rozwinąć w jeszcze jednym utworze w aranżacji na obój i orkiestrę, choć aranżacja w "Mormons" też jest świetna (przepraszam, że przeszedłem na ten soundtrack, ale nie ma jego recenzji w serwisie, więc gdzieś muszę to powiedzieć). Wracając do "Lemony...", muzyka lepsza od filmu ;), a że moze być nużąca? Dla mnie osobiście nie jest, ale rozumiem, co macie na myśli, ale przecież czego można wymagać od muzyki do filmu o tak długim tytule? ;)


  Do tej recenzji są jeszcze 2 komentarze -> Pokaż wszystkie