Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Wywiad z Andrzejem Korzyńskim

27 Październik 2005, 09:42

Wywiad z Andrzejem Korzyńskim




18 października spotkaliśmy się z jednym z najlepszych polskich kompozytorów - z Andrzejem Korzyńskim. Jest on autorem muzyki do ponad 120 polskich i zagranicznych filmów. Z naszej rozmowy powstał "wywiad-rzeka", w którym Pan Korzyński opowiada historię swojej kariery i przytacza liczne anegdoty. Zapraszamy do lektury.


Jak to się stało, że zajął się Pan muzyką filmową?


Ja w odróżnieniu od niektórych moich kolegów kompozytorów, skończyłem wyższą szkołę muzyczną.  Przeszedłem wszystkie etapy, tzn.: niższa szkoła, średnia szkoła muzyczna i wyższa szkoła, wydział fortepianu, kompozycji, dyrygentury i teorii; kompozycję u wybitnego kompozytora i pedagoga Prof. K. Sikorskiego. Był postacią nadzwyczajną i wiele mnie nauczył. A to, że się zająłem pisaniem np. „głupkowatych” piosenek, to był czysty przypadek...  okazało się, że mogłem dorobić do stypendium graniem w kabarecie Manekin. Niestety na sukcesy finansowe w muzyce poważnej – trzeba czekać bardzo długo, często całe życie. Muzyką rozrywkową specjalnie się nie interesowałem, ale dostałem fioła na punkcie rock'n'rolla, gdy usłyszałem Elvisa Presleya, potem zespół The Comets czy Beatlesów. A największe wrażenie na mnie zrobił Ray Charles. No i sam zacząłem grać na fortepianie tak jak Ray Charles; szukałem takich samych chwytów, bo to dość specyficzne brzmienie, no i się zakochałem w tej muzyce. Kontakt z kabaretem  Manekin nie trwał długo .  Ja nigdy w życiu nie miałem do czynienia z akompaniamentem, z rozrywką. Więc kilka dni mnie tam opieprzali zdrowo między innymi Staszek Tym, a potem się już tak wyrobiłem, że dociągnąłem z tym Manekinem do samego końca wakacji .No i tak złapałem szlify do muzyki rozrywkowej. Postanowiłem w związku z tym założyć własny zespół – nazwałem go  Ricercar 64. To bardzo ładnie brzmi, od włoskiego Ricercare - czyli poszukiwać. A nazwa się przyjęła dlatego, bo wszyscy myśleli, że to oznacza „bogaty samochód” – taka anglosaska interpretacja. Zrobiliśmy parę nagrań, najpierw na próbę w radio; to się spodobało; zaczęły te nagrania być w kółko nadawane. Z muzyki instrumentalnej, to były różne przeróbki klasyki np. Preludia Bacha i oczywiście też moje oryginalne kompozycje.

Kiedyś usłyszałem Szczepanika, jeszcze jako studenta na jakimś festiwalu, gdzie bardzo ładnie wypadł; a ja akurat miałem niezły temat na piosenkę, utwór instrumentalny z wokalizą -  Żółte kalendarze –  Znalazłem przypadkowo autora tekstu – na korytarzu w radiu, a Witek Pograniczny mówi „o tu jest facet, który pisze teksty do piosenek – Poeta, Jerzy Miller, może on by ci napisał”. Więc mówię, że mam taki utwór, może Pan by napisał tekst. On powiedział „Tak” i żyjemy do dzisiaj z tych Żółtych kalendarzy.  Okazało się, że w radiowej piosence miesiąca szał był nieprawdopodobny – 60 tys głosów przyszło, to jak na tamte czasy to był fenomen. Potem została piosenką roku. W prasie pisali, że nie powinni puszczać tej piosenki w radiu, dlatego że są niekontrolowane przerwy w pracy – wszyscy słuchają piosenki, zamiast pracować. Ta piosenka miała rzeczywiście ogromną popularność, no a potem pojawiły się następne: Goniąc kormorany, potem Kochać – znów piosenka roku. Te piosenki w dalszym ciągu mają ogromne „wzięcie”, co jest niebywałe, bo to już prawie 45 lat będzie - aż wstyd się przyznać.



 Pan Korzyński "zaserwował" nam wiązankę swoich tematów

A co do drugiej strony medalu, czyli muzyki poważnej, to miałem trochę szczęścia; bo jeszcze w szkole siedziałem w jednej ławce z facetem, który potem został reżyserem filmowym – z Andrzejem Żuławskim. Zaprzyjaźniliśmy się; on miał pomysły niebywałe... żebyśmy operę napisali, balet ,różne wielkie formy chodziły nam po głowie. I gdy skończyła się ta nasza męka szkolna, on wyjechał z rodzicami do Francji i tam skończył IDHEC i stał się wybitnym reżyserem. Jak przyjechał do Polski, został asystentem Wajdy przy Popiołach; a następnie dostał do zrobienia dwa filmy telewizyjne. Nazywała się to seria kanadyjska, bo przyjechał jakiś facet z Kanady i zamówił 30-kilka filmów, krótkich, tylko żeby były kolorowe, dla telewizji i w oparciu o literaturę światową. Więc tenże Kanadyjczyk złapał potem jeden film pod pachę i uciekł, nikomu nie zapłacił. Ale dzięki temu, nagle Polska Telewizja miała 30 filmów, które potem kupił cały świat; bo wtedy nie było tak dużo kolorowych filmów telewizyjnych i to w oparciu o wielkie nazwiska literatury światowej. A ja dzięki temu Kanadyjczykowi napisałem muzykę do dwóch z tych filmów, do: „Pavoncella” i „Pieśni triumfującej miłości”. To na tyle fajnie wypadło, że potem się zgłosili: Jan Rybkowski, Andrzej Wajda, itd.; bo poszła fama, że „ten” facet pisze dobrą muzykę. Tak się zaczęło z filmami. W tym czasie bliski byłem wyjechania na dłużej za granicę .Dostałem bowiem kontrakt do Warner Bros i 20th Century Fox.

Po sukcesie filmu Janusza Nasfetera Motyle do którego napisałem muzykę, zgłosiła się do mnie DEFA. I tak zaczęła się moja przygoda z NRD – wyjeździłem się do nich; miałem i wzloty i upadki. Było nieźle, bo bardzo dobrze płacili. Miałem tam kilka bardzo interesujących filmów, otarłem się nawet o jakąś nagrodę – na festiwalu w Berlinie Zachodnim za  film historyczny, świetnie zrealizowany, z wielkim rozmachem o malarzu prymitywiście p.t.: „Jorg Ratgeb, malarz”. Pisałem tam muzykę do wielu wybitnych filmów, jak choćby „Wilhelm Meister” – serial i film. Uczestniczyłem też w takim filmie, który  – można powiedzieć kontestował NRDowskie sukcesy sportowe. Ten film trochę  groził palcem, że uwaga, uwaga, ale ci sportowcy są nadwerężani, że pakuje się w nich sterydy. A najlepszą rzeczą w tym filmie – podobno fakt autentyczny – było, że wybudowali gdzieś basen olimpijski, 50-o metrowy, tylko, że był o 2 cm za krótki i w związku z tym nie mogły się tam odbyć zawody międzynarodowe.

Ta współpraca trwała gdzieś do czasów wprowadzenia stanu wojennego, bo wtedy Niemcy zaczęli generalnie z Polaków rezygnować, uważali nas za zainfekowanych niebezpieczną chorobą o nazwie Solidarność. Ale muszę przyznać, że dostałem paszport w stanie wojennym, co było nieprawdopodobnym osiągnięciem, bo miałem nagranie w DEFie muzyki do filmu.  W styczniu leciałem z Leonem Niemczykiem – dwie osoby w samolocie, lecieliśmy do Berlina. Byłem w trakcie roboty, to był  film na rocznicę śmierci Goethego i to musiało się odbyć... nie wiem czy dzwonili do samego Jaruzelskiego, w każdym razie w zębach przynieśli mi ten paszport. A Niemczyk natomiast był głównym aktorem grającym we wszystkich filmach NRDowskich. Po tym jak dostałem ten paszport, w styczniu, mogłem wyjechać do Niemiec Zachodnich ale dopiero po 1986r.  Wyjechałem więc do „lepszych” Niemiec – najpierw do Kolonii, a potem do Monachium – a to dlatego, że paru moim kolegom-reżyserom udało się uciec z NRD. A widać tak im się podobała współpraca ze mną, że odezwali się, przysłali zaproszenia; i dzięki temu napisałem tam muzykę do kilku liczących się seriali, np.: „Anna Maria” – można powiedzieć, że to był serial bardzo „wystawny”; duże pieniądze, z najlepszymi aktorami... uczestniczyłem nawet w konkursie na kompozytora, i udało mi się go wygrać.


Czy styl pracy w Polsce różnił się od Niemieckiego?

Ewidentnie. W Polsce to wszystko było trochę za zasadzie kumpelskiej – czy się zrobiło, czy się nie zrobiło na czas, to zawsze było „przykryte” takim koleżeństwem. Podczas gdy w Niemczech było to profesjonalne, tzn. że, jest czas gdy się bawimy i wtedy rzeczywiście są koledzy; ale jest drugi „dział”, który się nazywa praca i w pracy nie wolno się poślizgnąć – dlatego, że jeśli by jeden trybik nawalił, to nawali całość. Przede wszystkim u nich liczą się terminy; i to było niesamowite, bo terminy były na pół roku w przód planowane – wszystko było rozpisane, o której godzinie, co, jak. Więc gdybym np. zachorował albo coś by się stało, to byłby wielki problem.

Ponieważ ja sam produkowałem i nagrywałem sporo muzyki tu w Polsce, to się przede wszystkim bałem się właśnie tych kumpelskich zwyczajów; z orkiestrą, że ktoś przyjdzie, będzie na „bańce” i się przewróci na przykład, albo nie będzie trębacza czy innego muzyka. Albo tak się kiedyś zdarzyło: paniom torebki z krzeseł spadały; tutaj wszyscy pięknie „ciągną”, a tu huk. Trzeba było na komputerze to wycinać, a nie wszystko się dało. Albo przyszła pani harfistka, która sobie „zrobiła” paznokcie, i jak grała, to było słychać głównie te paznokcie „brzdękające”. Masa takich rzeczy, które strasznie przeszkadzają – to jest fajne, jak nie ja płacę... tylko tam jakiś kierownik siedzi i dostaje zawału. Ale gdy ja miałem nad tym zapanować, żeby mieć od początku do końca w ręku całą sprawę, to ja się denerwowałem i ja dostawałem zawału, ale panowałem nad sytuacją od A do Z. No i zresztą zapłaciłem za to, bo na końcu ... zawieźli mnie do Anina; to są za duże obciążenia psychiczne. Jednak w Niemczech każdy wie za co odpowiada i można być pewnym, że np. za 2, 3 tygodnie ten samochód będzie podstawiony pod dom, i ja się nie muszę już martwić czy on przyjedzie. A u nas... to jest wielka niewiadoma. Teraz się to poprawiło, bo jest o wiele więcej ludzi, którzy są zdyscyplinowani – prowadzenie własnego biznesu ich tego nauczyło.

Niemcy wszyscy i ci ze wschodu i z zachodu byli zawsze bardzo „konkretni”, więc tam praca zupełnie inaczej wyglądała. Pomijam już fakt, że w DEFIE raczej trochę po radziecku – wozili samochodami, miało się kierowcę. Do 2 filmów nagrywałem muzykę w Związku Radzieckim, to wiem jak to wyglądało. To taki świat jak z książek Głowackiego. Jest to bardzo zabawne i można się pośmiać, nie mniej jednak były czasami chwile grozy.


Są lata w pana filmografii gdzie jest po 10, 12 tytułów – tempo niesamowite...

Bywało że pisałem miesięcznie jedną muzykę do filmu albo i więcej.


Nie brakowało Panu inspiracji przy takim tempie?

Chyba właśnie dlatego zostałem kompozytorem muzyki filmowej, bo jedna, jedyna rzecz jakiej mi nie brakowało to pomysły melodyczne. Siadałem i do razu wiedziałem co mam grać; pisałem, nie zastanawiałem się, nie chodziłem, - niektórzy się chwalą , że miesiąc pracowali nad jakimś motywem – oni się kreują wtedy na jakiegoś... kosmicznego artystę, który czerpie z kosmosu wręcz te trzy dźwięki. Pisanie muzyki to jest trochę matematyki, trochę intuicji; bardzo dużo też... użyję słowa sprytu, ale w pozytywnym znaczeniu. Polega to na przewidywaniu czego potrzebuje reżyser, widzowie itd.; na wyczuciu sytuacji, i byciu na tyle sprytnym, żeby nie pokazywać na siłę własnego wnętrza, które się różni diametralnie od zapotrzebowania.


Skąd u Pana zainteresowanie muzyką elektroniczną?

Zawsze interesowałem się wszystkimi nowościami; wszelkiego rodzaju poszukiwania, doświadczenia; nawet ta pierwsza nazwa Ricercare, znaczyło poszukiwać. Interesowały mnie brzmienia z różnych regionów świata, ludowe; instrumenty dziwnie brzmiące. Robiłem takie eksperymenty, że puszczałem taśmę dwa razy wolniej – teraz to nie jest żaden eksperyment. To daje takie dziwne, niesamowite brzmienie. Pierwsza muzyka do „Na srebrnym globie”, to były dwie taśmy, puszczone razem: jedna w przód, druga w tył i wszystko to było zwolnione o połowę. Powstało tak nieprawdopodobne brzmienie, że przyjeżdżali do mnie ludzie z zachodu; a jeden reżyser Niemiecki z WDRu, Schwarz, był tak zupełnie oszalały na punkcie tego, że jakieś legendy opowiadał dotyczące tej muzyki. W końcu wziął mnie do filmu science-fiction i trzeba było też taką dziwną muzykę napisać; to był świat po wojnie atomowej więc nie mógł kwintet grać jakiejś ładnej melodii. Żuławski nawet kiedyś w wywiadzie, gdy był wściekły na mnie, powiedział: „no tak, ja to mam kompozytora, który muzykę ze swoich NRDowskich filmów puszcza do tyłu w moim filmie” [śmiech]. Oczywiście chodziło o „ Srebrny Glob” Ale faktem jest, że był wtedy absolutnie oczarowany.

W latach 70’ gdy pojawiły się syntezatory, założyłem z Mateuszem Święcickim zespół, który się nazywał: Arp Life. Był to pierwszy w Polsce zespół wykonujący muzykę elektroniczną. Wtedy się pojawił syntezator MOOG’a – myśmy mieli ten syntezator, bo kolega przywiózł z zagranicy – ale MOOG był monofoniczny. A dosłownie równolegle  pojawił się ARP – polifoniczny syntezator. O nim mniej jakby słychać w świecie muzycznym, mimo, że był fantastyczny w sensie brzmieniowym; tylko był strasznie ciężki. Myśmy grali na MOOG’u, a nazwaliśmy się ARP; i zrobiliśmy z 60 utworów. Była płyta wydana przez Polskie Nagrania; w Niemczech się pojawiła płyta – i używano bardzo często tej muzyki jako „backgroundu”: n.p. w windzie, w hotelu Kempiński. Nagrywaliśmy też znane melodie, różne tanga; sporo tej muzyki było. Bardzo dobrze się to sprzedawało, wszędzie było tego, że tak powiem, pełno; a ludzie nawet nie wiedzieli... bo w telewizji jak grali to pod Mundial czy pod obrazki z lepszego świata, to myśleli, że to jest zagraniczna muzyka. Było to bardzo fajnie nagrane... zresztą elektronikę trudno jest źle nagrać; jak na mikrofon się nagrywa to czasem są kłopoty; a tu, to trzeba być nie wiem jakim nieukiem, żeby to źle nagrać.


Napisał Pan mnóstwo piosenek. Co dawało Panu większą satysfakcję: piosenki czy muzyka filmowa?

Bardzo lubiłem pisanie do filmu, dlatego, że zawsze widziałem film bez muzyki i potem z muzyką, i widziałem ile to wnosi. To było przyjemne, bo rzeczywiście się realizowało coś ważnego. A co do piosenek, to nigdy nie można w trakcie pisania, nagrywania, przewidzieć, czy ona będzie hitem. Jeżeli nie jest znana, popularna, to w zasadzie szkoda ją było pisać.


Słucha Pan muzyki filmowej na co dzień?

Ja w ogóle lubię kino, jeśli mi się podoba muzyka z jakiegoś filmu, to bardzo często jej potem szukam. Syn mi bardzo dużo „pokazuje” rzeczy, które aktualnie się pojawiły. Ale tak, żebym się tym jakoś specjalnie zajmował, to nie mam czasu na to.


A czy twórczość innych kompozytorów miała wpływ na Pana?

O tak! Oczywiście. Choć raczej nie z filmowych. Miałem taki okres, że pracowałem zagranicą; najpierw w Paryżu robiłem muzykę do filmu, a potem pojechałem do Rzymu; i tam się spotkałem z Ennio Morricone. W tym samym studio nagrywaliśmy; ja nagrywałem do „Sette Donne a Testa”, a Morricone był obok; i przyszedł strasznie zainteresowany kto to nagrywa, bo to inaczej brzmiało. A w Paryżu gdy nagrywałem, to się pytali, gdzie ja się tak po „amerykańsku” nauczyłem pisać. Bo miałem wtedy parę takich kawałków, które musiały zimitować muzykę Hendrixa i Beatles’ów; czyli trzeba było trochę podejrzeć ten styl; no i taki zwariowany gitarowy numer zrobiłem; ktoś kto nie wiedział mógł pomyśleć, że to może Hendrix jest. Wtedy pracowałem dla 20th Century Fox, i byli zdziwieni, że facet przyjeżdża gdzieś od białych niedźwiedzi, a „zasuwa” lepiej od Francuzów; a ja się wcześniej dobrze na tym Rayu Charles’ie „wytrenowałem” i ten styl nie był dla mnie tajemnicą. Kilka stylowych zagrywek na gitarze elektrycznej, zapisanych w partyturze, to była cała sprawa; a oni byli tym zafascynowani, - myśleli, że to musi przyjść jakiś specjalny gość, który nie zna nut, i zagra „od siebie”. Z nut zagrał 50-paro letni, siwy facet, który normalnie gra w orkiestrze studyjnej, a w życiu poza Foxtrotem niczego nowocześniejszego nie grał.


Czy aktualnie można się spodziewać nowej muzyki spod Pana pióra?

Jak to teraz będzie to nie wiadomo, bo wszystko się w Polsce poprzewracało do góry nogami. Niczego nie można przewidzieć.




Bardzo dziękujemy za miłe spotkanie i bardzo ciekawą rozmowę.

Wywiad przeprowadzili: Łukasz Remiś i Rafał Mrozowski
Zdjęcia: Łukasz Remiś


Zobacz także:

Oficjalna strona Andrzeja Korzyńskiego: http://AndrzejKorzynski.com





ktos:

Ty, Łukasz. Ty tej koszuli odwrotnie nie założyłeś???

Łukasz Remiś:

:-P

mixer:

Ktoś jak zwykle się czepia... Nie wiem czy przeczytał ze zrozumieniem wywiad z Panem Andrzejem... Dla mie muzyka Pana Andrzeja to mistrzostwo świata - można psioczyć, że zmiana instrumentarium z wielkich orkiestr na elektronikę jest pase, ale słuchałem już wiele kompozycji na klawisze i samplery, i MUSZĘ PRZYZNAĆ JEST CUDNIE!!! Dzięki Chłopaki za wywiad!!!

Tiamat:

od jakich to białych niedźwiedzi facet przyjechał? Tamtejsza ciemnota widać nie ma pojęcia gdzie takowe występują. Wstyd nawet przyznawać się , że się u takich pracuje. Wielcy bohaterowie od pięści i kłów.Jeden nudny temat wałkowany na różne sposoby.Co do muzyki to lubię elektroniczną,bardziej ekspresyjną.Najbardziej rock symfonia, a zespół Iron Maiden.Musi być rytm ,ogień i eksplozja. Dziękuję za artykuł.Pan Korzyński wybrał to co kocha .


Soundtracks.pl

© 2002-2017 Soundtracks.pl - muzyka filmowa.
Wydawca: Bezczelnie Perfekcyjni