Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Godziny szczytu 3 (Rush Hour 3)

06 Październik 2007, 10:17 
Kompozytor: Lalo Schifrin

Orkiestracje: Ira Hearschen, Ruy Folguera, Patrick Russ
Dyrygent: Lalo Schifrin
Wykonanie: The Hollywood Studio Symphony

Rok wydania: 2007
Wydawca: Varese Sarabande

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Godziny szczytu 3 (Rush Hour 3)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Od czasu nakręcenia drugiej części komedii sensacyjnej Godziny szczytu upłynęło już sporo czasu i wydawało się, że producenci oraz reżyser wszystkich odsłon Brett Ratner dadzą sobie spokój z kręceniem kolejnych *sequeli. W Hollywood tymczasem powstała kontynuacja zwariowanych przygód detektywa Cartera (Chris Tucker) i inspektora Lee (Jackie Chan). Choć twórcy zaserwowali widzom odgrzewanego kotleta wg starej receptury, to niespodziewanie film odniósł w USA oszałamiający sukces i pewnie powstaną następne odsłony. Jedną z osób, które z pewnością ucieszył taki obrót spraw jest autor muzyki do Godzin szczytu 3, Lalo Schifrin. Kompozytorowi współpracującemu z Brettem Ratnerem, bardzo trudno jest znaleźć zatrudnienie w Hollywood i gdyby nie ów reżyser, lista ilustracji muzycznych argentyńskiego artysty z ostatniej dekady byłaby znacznie uboższa.

Za swe oprawy muzyczne z poprzednich części Godzin szczytu Lalo Schifrin nie został szczególnie skomplementowany w środowisku fanów muzyki filmowej. Argentyńczyk po prostu zrobił co do niego należało - napisał muzykę na miarę filmów i na miarę współczesnych czasów. Bez rewelacji. Trzeba powiedzieć, iż Lalo Schifrin jest artystą posiadającym wielki potencjał, który jednak zostaje mocno wykorzystany tylko wówczas gdy zaistnieją określone warunki – m.in. gdy kompozytor styka się z jakimś wyjątkowym zjawiskiem (patrz Bruce Lee i Wejście smoka) bądź dziełem prezentującym bardzo wysoką wartość artystyczną, jak Tango Carlosa Saury. (Nie dotyczy to pierwszych lat jego pracy w Hollywood, kiedy to Argentyńczyk bardzo się angażował, chcąc się odwdzięczyć producentom za szansę zaistnienia). To takie podejście między innymi sprawiło, iż Schifrin nie zrobił kariery na miarę innych przedstawicieli swojej generacji kompozytorskiej: Barry’ego, Goldsmitha i Morricone, którzy angażowali wielkie siły pracując przy najnędzniejszych wykwitach kinematografii. Argentyńczyk jest jednakowoż przyzwoitym ilustratorem filmowym, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu zarówno jeśli chodzi o technikalia jak i funkcjonalność muzyki.

Wydaje się, że to właśnie te ostatnie kwestie a także wielki sentyment Bretta Ratnera do kultowej ilustracji Schifrina z Wejścia smoka sprawiły, iż reżyser ten pozwala mu regularnie produkować się przy swoich filmach. Z pewnością w Godzinach szczytu 3 argentyński kompozytor ponownie spełnił oczekiwania reżysera. Jego film dostał siłę napędową w postaci dynamicznej orkiestrowej muzyki akcji. Dostał też dramaturgię i kolejne czytelne odniesienia do wspomnianej, legendarnej produkcji z Brucem Lee. Pytanie, czy muzyka Lalo Schifrina może ukontentować również słuchacza? Obawiam się, że jeśli komuś „nie podeszły” poprzednie wyczyny kompozytora w tej serii – może sobie spokojnie darować najnowszą jego pracę. Jest to bowiem, jeśli chodzi o ilustrację dramatyczną, twór zbliżony do poprzednich. A więc znów kompozytor brnie w precyzyjne odwzorowywanie zdarzeń za pomocą dźwięków, wlepia w ramy dzieła muzycznego i kleci ze sobą sekwencje o odmiennej stylistyce i charakterze. Jest tu m.in. mickey-mousing, smyczkowe *dysonanse, pompatyczny action-score w orkiestrowej szacie, który mógłby się równie dobrze sprawdzić w przygodach Bonda a także chińska etnika i francuski walczyk, będący jednym z nielicznych elementów odróżniających tą muzyczną odsłonę od poprzednich.

Tradycyjnie, wyrazistym otwarciem score’u z serii Godziny szczytu jest temat główny nawiązujący do przebojowej melodii tytułowej z Wejścia smoka (Ratner tak ją uwielbia, że nawet zażyczył sobie ponownego nagrania jej dla potrzeb pierwszego filmu z cyklu). Najnowsza wersja jednakże nie posiada w sobie orkiestrowego „powera”, jak te stworzone dla dwóch poprzednich filmów – Schifrin bardziej postawił tym razem na walory rozrywkowe, tworząc coś na kształt swych klasycznych, utrzymanych w nurcie lounge-exotica melodii z produkcji szpiegowskich z lat 60-tych. Walory taneczne, ma z kolei remix tematu tytułowego zamykający album – tutaj Argentyńczyk przyzwoicie i z wyczuciem pomieszał elementy syntetyczne, rockowe, orkiestrowe i etniczne. Niestety, tak jak w poprzednich dwóch odsłonach, kompozytor nie pokusił się o tematyczne rozwinięcia i bardzo skromnie eksploatuje melodię tytułową na przestrzeni score’u. Króciutkie wtrącenia tematyczne są tylko stemplami mechanicznie odbitymi na filmowym tworzywie dla podkreślenia ciągłości serii.

Z perspektywy słuchacza duży problem stanowi nie tylko nikła obecność owego tematu, ale także zmniejszenie w stosunku do poprzednich części serii ilości materiału motywicznego. Wyjąwszy temat główny, jedyną melodią, która nie stanowi tu pojedynczego epizodu jest złowieszczy azjatycki motyw, wokół którego kompozytor buduje muzykę suspense. Mało jest w tej ilustracji punktów zaczepienia, muzyka traci na atrakcyjności, często zdaje się chaotycznie gnać na oślep. Jest to twór spod ręki rzemieślnika dysponującego co prawda bogatym warsztatem, który jednak mało czasu poświęcił na intelektualną refleksję nad swym dziełem; który idzie w dużej części score’u na ilustratorską łatwiznę bawiąc się w coś, co Leonard Rosenman ostro kiedyś skrytykował nazywając „bałaganiarstwem nutowym” – praktykę, która przynosi filmowi co prawda zdynamizowanie scen akcji, ale słuchacza przyprawia o ból głowy i zgrzytanie zębów. Co jakiś czas jednak z tego rozgardiaszu wyłaniają się ciekawe sekwencje, choćby w Dragon Lady czy Hospital Gunfight - w których Schifrin w efektowny sposób pręży muskuły, dodatkowo wspierając dęte blaszane pobudzającą, dziką perkusją; w Bikers, gdzie słychać rytmiczną, repetytywną muzykę nawiązującą do Bournowskiego action-score’u, czy wreszcie w Giant Kung Fu - tutaj Schifrin puszcza oko do słuchacza z pastiszem kolejnej klasycznej kompozycji z Wejścia smoka.

Przeprawa przez trzy score’y Lalo Schifrina z popularnej serii Bretta Ratnera pozwala zauważyć nasilanie się negatywnych zjawisk w muzyce Argentyńczyka. Można m.in. dostrzec jak z każdą kolejną pracą kompozytorowi ubywało entuzjazmu i twórczej radości. Ostatnia praca Schifrina jest już niemal na wskroś przeżarta rutyną, tylko w niewielu momentach oferuje sycącą strawę dla ucha. O ile poprzednie dwie prace z cyklu przynosiły słuchaczowi w najgorszym wypadku uczucie irytacji, to Godziny szczytu 3 są już miejscami prawdziwą torturą. Ostateczny werdykt brzmi: płyta tylko dla „kompletystów”.

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Main Title — Rush Hour Theme - 01:27
2. The World Court - 02:10
3. Chasing the Assassin - 04:19
4. Su Yung Returns/Dojo Arrival - 02:11
5. Giant Kung Fu - 02:34
6. Hospital Gunfight - 02:47
7. Hiding Su Yung/Two Americans In Paris - 01:49
8. Dragon Lady - 01:55
9. Bikers - 02:48
10. In the Sewers - 02:52
11. Reynard’s Plea - 01:39
12. With Genvieve - 03:10
13. Shi Shen - 02:17
14. Eiffel Tower Meeting - 04:27
15. Swordfight - 04:32
16. Farewell to Kenji - 02:35
17. The Return of the Triads - 02:35
18. Parachute Down - 02:14
19. Rush Hour Theme Remix - 02:35

Razem:50:56



Komentarze czytelników: