Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

King Kong (1976)

18 Grudzień 2005, 23:00 
Kompozytor: John Barry

Rok wydania: 1976/2005
Wydawca: Film Score Monthly

Muzyka na płycie:
King Kong (1976)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

W momencie, gdy wszyscy w koło mówią o najnowszej ekranizacji King Konga popełnionej przez Petera „Władcę Pierścieni” Jacksona i muzyce doń napisanej przez Jamesa Newtona Howarda, jest dobry moment na przypomnienie i przybliżenie ilustracji muzycznej *remake’u King Konga z 1976r. Na pomysł nakręcenia nowej wersji przygód wielkiej małpy wpadł wówczas legendarny producent filmowy Dino De Laurentis. Jednocześnie myśl ta zaświtała w głowach producentów z wytwórni Universal – trwał więc wyścig z czasem, kto pierwszy nakręci film, Paramount czy Universal. Zwycięzcą okazał się Dino De Laurentis i Paramount. Mało kto dziś o tym wie, ale King Konga miał wyreżyserować sam Roman Polański. Reżyser był jednak zajęty pracami nad Lokatorem i nie przyjął propozycji. Ostatecznie na reżyserskim stołku zasiadł sprawny rzemieślnik John Guillermin (The Blue Max, Most Na Renie, Płonący wieżowiec). Produkcji King Konga towarzyszył ogromny rozgłos, twórcy podgrzewali atmosferę każąc widzom oczekiwać niezwykle efektownego i oszałamiającego wizualnie spektaklu, jakiego jeszcze nie widzieli. Zadowolony po premierze mógł być głównie De Laurentis – Kong zarobił krocie zostając jednym z hitów sezonu. Film zmiażdżyła za to krytyka, wytykając głupotę, banalność i efekciarstwo. Podobały się jedynie kreacje debiutującej na ekranie Jessiki Lange, Jeffa Bridgesa i Charlesa Grodina, muzyka oraz efekty specjalne (za które zresztą film dostał Oskara).

Przyznam się, że jest to jeden z tych filmów, które z dzieciństwa pamiętam najlepiej. Jeszcze za czasów komuny i na początku lat 90-tych miałem okazję obejrzeć go trzy razy. Nic w tym dziwnego, że rada programowa TVP tak upodobała sobie ten film, w końcu niewiele nakręcono w Hollywood produkcji tak doskonale pokazujących jak zgniły i okrutny potrafi być amerykański kapitalizm. W dużej mierze film tak dobrze pamiętam dzięki muzyce Johna Barry’ego. Tym samym Barry doskonale osiągnął swój cel. Mówił w wywiadach, że chce za pomocą muzyki wydobywać esencję sceny, sprawić, aby konkretna kompozycja była swoistym „linkiem” do sceny, aby widz po wyjściu z kina dalej żył filmem i muzyka pomogła mu sobie odtworzyć w pamięci poszczególne ujęcia i zdarzenia z filmu.

John Barry pisząc muzykę do King Konga nie miał łatwego zadania. Dostał ponad pół roku na napisanie score’u – teoretycznie to komfortowa sytuacja, ale w praktyce przed kompozytorem stanęło trudne zadanie. Barry pisał muzykę scena po scenie do dostarczanych na bieżąco pojedynczych partii materiału zdjęciowego, nie mając możliwości wrócenia do poprzedniego ujęcia ani dokonania znaczących poprawek. Presja i pośpiech były ogromne, należało przecież zdążyć na czas, aby film wszedł do kin zanim własnego King Konga zrobi Universal. W efekcie Barry przed zakończeniem zdjęć nie miał możliwości sprawdzenia jak funkcjonuje jego muzyka jako całość, nie widział całego filmu aż do oficjalnej premiery.

Czy w muzyce Barry’ego są jakieś odniesienia do legendarnej ilustracji Maxa Steinera z 1933r? Odpowiem krótko – nie. Angielski kompozytor stwierdził, że nie obejrzał oryginalnej wersji `King Konga` przed rozpoczęciem komponowania, znał ją tylko z dzieciństwa, gdy oglądał filmy w kinie, którego właścicielem był jego ojciec. Anglik zupełnie słusznie postanowił odciąć się całkowicie od dzieła Steinera, gdyż każdy film ma swoje własne życie, własną specyfikę i własny czas powstania, to też myślę, że nie ma sensu szczegółowo porównywać tych dwóch dzieł, gdyż dzieli je zbyt wiele. Zaznaczę tylko, że o ile Steiner powierzył muzyce rolę głównego narratora komentującego dokładnie wszystko, co dzieje się na ekranie i kompletnie przeładował film muzyką, która przybrała częściowo formę nachalnego mickey-mousingu to Barry tradycyjnie dla siebie postawił na zaznaczenie przeżyć i stanów emocjonalnych głównych bohaterów, wstawiając muzykę tam gdzie naprawdę było tego trzeba.

Na potrzeby King Konga Barry użył bardzo rozbudowanej orkiestry (jednej z największych w swojej karierze), w której wielokroć na pierwszy plan wybija się monstrualnych rozmiarów sekcja perkusyjna, służąca do zintensyfikowania emocji, opisania nadludzkiej siły, wielkości i potęgi Konga, czy wreszcie wykorzystana jest w celu wprowadzenia w trans. Muzyka jest dzika, mroczna i potężna, świetnie oddając mistycyzm i niezwykłą aurę, jaka towarzyszyła King Kongowi. Obok ciężkich oraz masywnych brzmieniowo kompozycji *score wypełniają kameralne, liryczne kompozycje służące głównie podkreśleniu nietypowego wątku miłosnego między małpą a blond-pięknością Dwan (graną przez Jessikę Lange), lecz King Kong nie jest ilustracją zbudowaną na kontraście, gdyż wypełniają ją również kompozycje o znacznie innym charakterze i brzmieniu.

Rdzeniem ilustracji jest jeden temat napisany dla centralnej postaci filmu, czyli Dwan – to temat bardzo słodki, pełen naiwności wyrażanej przez flecik i *smyczki, który służy Barry’emu jako temat miłosny w niektórych scenach. Jakoś nigdy nie mogłem przekonać się do tej melodii, i nie wiem, co też widzi w niej duża grupa fanów muzyki filmowej. To porządny temat, ale wg mnie o kilka klas gorszy od takich lirycznych majstersztyków melodycznych Barry’ego jak Frances, Robin And Marian czy Mary Queen of Scots. Barry stworzył kilka różnych wersji tego tematu, pięć z nich znajdziemy na albumie. O ile podstawowa wersja z fletem i smyczkami jak i jazzowa w Blackout In New York – How About Buying Me A Drink nie zrobiły na mnie wrażenia to rewelacją jest utwór Arthusa ze sceny kąpieli w wodospadzie, gdzie Barry uzyskał świetny kaskadowy efekt przepuszczając dźwięki fortepianu przez echoplex. Warto dodać, że w celach komercyjnych nagrano wokalną wersję tego tematu ze słowami Davida Pomeranza, którą śpiewał popularny w latach 70-tych Andy Williams. Wydano ją na singlu, na którym znalazła się również dyskotekowa wersja zrobiona przez Barry’ego White (Jeszcze jeden dyskotekowy cover stworzył Lalo Schifrin). Co ciekawe własną wersję wokalną tej melodii nagrał też Demis Roussos - pod tytułem Maybe Someday. Przy trzech ostatnich wersjach nie maczał już palców John Barry. Obok kilku wersji tematu miłosnego na albumie znajdziemy także inną liryczną melodię w Arrival On The Island (moim skromnym zdaniem lepszą niż wspomniany temat) ilustrującą przybycie ekipy badawczej na wyspę czaszek. To piękny, panoramiczny motyw w aranżacji na *waltornię, organy, smyczki i flet opisujący majestatyczny, zapierający dech krajobraz wyspy. Równie lekki ton ma Kong Hits The Big Apple, choć utrzymany jest w zupełnie innych klimatach. To kompozycja łącząca modne dla lat 70-tych style disco i pop z charakterystyczną dla tej epoki kiczowatością. Barry chyba umyślnie nadał jej takich cech dla podkreślenia tandetności miejskiego festynu i pomysłu pokazywania znudzonym mieszczuchom King Konga w klatce. Sam Barry przyznał się w jednym z wywiadów z uśmiechem na ustach, że dyskretnie ukrył w tej kompozycji fragment Ave Maria.

Pora przejść do bardziej mrocznych utworów. Już kompozycja otwierająca album, czyli Prelude zapowiada, co się będzie działo w filmie. Odrobina liryzmu wyrażana przez smyczki łączy się tu z groźnym, niskim brzmieniem dętych drewnianych i blaszanych, poprzedzając masywne, pełne brutalności i siły erupcje dźwięków szorstkich puzonów, waltorni i tub. Kompletnym zaskoczeniem jest Sacrifice - Hail To The King. To rytmiczny, plemienny utwór, przy którym w filmie tubylcy z wyspy czaszek oszołomieni środkami halucynogennymi wpadają w trans i przywołują bestię, aby ta zabrała oddaną jej w ofierze Dwan. Bardzo duszny, transowy klimat znakomicie Barry’emu udało się uzyskać za pomocą rozbudowanej plemiennej perkusji, natarczywie powtarzających się okrzyków Kong, Kong! i pokręconych dźwięków wydawanych przez egzotyczne flety. Utwór bardzo długo się rozkręca, Barry w różnych tonacjach powtarza jeden motyw odegrany przez tuby, trąby i waltornie, aż pojawia się bardzo charakterystyczny motyw King Konga, prowadzony przez tuby i smyczki – ten trzy-nutowy motyw doskonale oddaje strach i podniecenie, jakie odczuwali tubylcy na widok wielkiej małpy. Po nim powtarzają się wspomniane okrzyki tubylców wraz z instrumentami dętymi i smyczkowymi zmierzając do obłędnej, ekstatycznej kulminacji.

Do najmocniejszych punktów score’u należy też Breakout To Captivity ilustrujący złapanie King Konga w pułapkę. Pierwszy raz pojawia się tu motyw zagrożenia ze strony ludzi (powracający w The End Is At Hand), jest też powtórka motywów Konga zaprezentowanych w Sacrifice, tym razem jednak mamy do czynienia z pełną dźwiękowych łamańców, kompletnie odjechaną, piorunującą mieszanką brzmień metalicznej perkusji i potężnej sekcji dętej, które rozpędzając się zmierzają do zupełnie oszałamiającej sekwencji dźwięków ze smyczkami napiętymi do granic możliwości ustalając napięcie w tej scenie filmowej na poziom zenitu. Rzadko kiedy Anglik pozwalał sobie na takie szaleństwo dźwięków. Kolejnym fenomenalnie działającym w filmie utworem jest Full Moon Domain – Beauty Is A Beast, to już ilustracja niedorzecznej walki Konga z olbrzymim wężem. Pojawia się tu jeden ze znaków rozpoznawczych Barry’ego, czyli potężne, arytmiczne wyładowania bębnów i kotłów, wsparte świetnymi partiami smyczków wspinających się na wyżyny w scenie wpadnięcia Dwan w ramiona przybyłego jej na ratunek Jacka Prescotta oraz zachrypłych, groźnych waltorni i trąbek oddających nieokiełznaną siłę Konga i jego nieludzką frustrację. Sekwencja scen ze środka filmu wg mnie otrzymała ze strony Barry’ego najbardziej wydajną ilustrację, niestety do pełni szczęścia na albumie brakuje muzyki ze sceny zniszczenia przez Konga prowizorycznego mostu, ucieczki Dwan i Jacka oraz kolejnej wersji tematu napisanego dla blond-piękności.

Kolejny motyw związany z postacią Konga pojawia się w trzech utworach: Incomprehensible Captivity, Climb To Skull Island i The End. Ten motyw nieszczęśliwego, nie mającego szans na spełnienie uczucia jest zdecydowanie najtragiczniejszy i ma w sobie porażający ładunek emocji. Odgrywany przez tuby wsparte fagotem, trąbkami, fortepianem oraz smyczkami potęgującymi dramatyzm. Szczególnie ciężko i apokaliptycznie brzmi Climb To Skull Island ilustrujący scenę, gdy zdesperowany Kong trzymając w ręku Dwan wspina się na jedną z wież World Trade Center, gdzie niebawem zostanie zmasakrowany przez amerykańskich żołnierzy. Słusznie pozostawioną bez ilustracji muzycznej scenę zabicia King Konga poprzedza The End Is At Hand, w którym pojawia się złowrogie brzmienie dętych blaszanych i werbli symbolizujących bezwzględne amerykańskie wojsko. The End rozpoczyna się ostatnimi uderzeniami serca Konga, po których następuje wejście orkiestry z najbardziej dramatycznym motywem Konga, w tym momencie nasyconym dużą wściekłością i tragizmem. Po nim następuje repryza tematu Dwan.

Pisząc poprzednią recenzję King Konga uznałem go za dzieło solidne i nienoszące znamion wielkości. Ostatnio jednak miałem okazję wielokrotnie obejrzeć film Johna Guillermina i muszę zmienić zdanie. Muzyka działa w nim bardzo dobrze, momentami wręcz rewelacyjnie – są przebłyski geniuszu Barry’ego. Mimo, że King Kong jest jednym z jasnych punktów okresu twórczości 1976-79, to w żadnym wypadku nie mogę jednak go uznać za jedno z najlepszych dzieł Johna Barry’ego. Jak już pisałem we wcześniejszych tekstach, w tym okresie Barry’ego dotknęła spora obniżka formy jak również znacząco zmienił się jego styl komponowania. Charakteryzowałem już tą stylistykę w recenzjach Białego Bizona, Star Crash/Until September oraz Game of Death/Night Games, tak więc odsyłam do tamtych tekstów). Ten mroczny styl, którego pierwsze symptomy pojawiły się w The Day of The Locust znajdziemy właśnie w King Kongu, z tym, że Kong ma swój indywidualny, wyrazisty charakter i trudno go pomylić z innym dziełem Barry’ego. King Kongiem rozczarują się pewnie osoby, które spodziewałyby się tu nieustannego łubudu i nadętej akcji od ściany do ściany. Co prawda instrumentarium tu wykorzystane jest zaiste duże, lecz Barry inteligentnie radzi sobie w stymulowaniu emocji i podnoszeniu adrenaliny u widzów bez stawiania prymitywnej ściany dźwięku, za to odpowiednio modulując dźwięki i używając charakterystycznej harmonii uzyskał w filmie dużą efektywność. Poza tym trzeba zaznaczyć, że wersję z 1976r stworzono według znacząco innej formuły i naładowanie filmu dużą ilością muzyki akcji było zbędne. Komu można polecić ten score? Na pewno fanom kompozytora, szczególnie tym, którzy znudzeni już są lirycznym stylem komponowania Anglika, dominującym w jego twórczości w minionym 20-leciu i chcieliby poznać inne oblicze twórcy. King Kongiem usatysfakcjonowani powinni też być miłośnicy ilustracji filmów „monster movies”.

p.s. Opisana edycja wydana w tym roku przez Film *Score Monthly to pierwsze legalne wydanie tego score’u na CD. Dostępne do niedawna wydanie z wytwórni Mask było *bootlegiem. Jakość dźwięku na wydaniu FSM w porównaniu z bootlegiem uległa kolosalnej poprawie. Nie wiem ile tak naprawdę Barry napisał muzyki na potrzeby King Konga. W filmie jest około 70 minut, ale istnieje też rozszerzona, trzygodzinna wersja filmu, gdzie jest jej ponoć jeszcze więcej, być może uzbierałoby się na 2 CD. Niestety Lukas Kendall był zmuszony umieścić na albumie dokładnie tyle samo muzyki ile zamieszczono na longplayu z 1976r, czyli 42 minuty, pozostawiając nieopublikowaną znaczną część materiału muzycznego. Stało się tak dlatego, że prawa do taśm albumowych należą do Warner Bros, a prawa do oryginalnych taśm do znienawidzonej przez fanów muzyki filmowej wytwórni Paramount Pictures, która ani myśli komukolwiek udostępniać prawa do wydania score’ów. Niemniej jednak selekcja utworów na wydaniu FSM jest dość satysfakcjonująca i urozmaicona. Jeszcze raz polecam.


Przeczytaj także:

King Kong (2005)
Biały Bizon
Gra Śmierci / Nocne Gry
Trzęsienie Ziemi
Płonący Wieżowiec

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)



Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. The Opening - 02:14
2. Maybe my Luck has changed - 01:48
3. Arrival ont he Island - 02:43
4. Sacrifice - 07:06
5. Arthusa - 02:18
6. Full Moon Domain - 04:22
7. Breakout to Captivity - 04:06
8. Incomprehensible captivity - 02:52
9. Kong hits the Big Apple - 02:33
10. Blackout in NY - 03:20
11. Climb to Skull Island - 02:26
12. The End is a at Hand - 01:41
13. The End - 04:24

Razem: 41:53



Komentarze czytelników:

leniwy:

Moja ocena:

Czy może mi ktoś zrobić recenzję tej recenzji, bo jest z deka przydługa, a mi nie chce się czytać takich "prac naukowych"

ktoś:

Moja ocena:

Faktycznie, długość zniechęcająca do czytania jak skończę to pewnie oczy mnie będą boleć, bo głowa już mnie boli od tak wysokej oceny

ktoś:

Moja ocena:

Hmm. Czasem chciałbym żeby niektórzy recenzenci pamiętali po co jednak piszą te recenzje. Po to żeby pokazać innym ile to się wie o muzyce filmowej, czy może żeby przekazać swoją wiedzę i opinię innym? Daleki jestem od wyrażania szacunki dla kogoś tylko dlatego, że cokolwiek napisał. Pisanie takich długich tekstów może i jej autorowi rekompensuje jakieś kompleksy, ale jest jednocześnie brakiem empatii. Tym samym dochodzimy do wniosku, że autor tego tekstu pisząc go, nie zastanawiał się na tym czy ktoś będzie w stanie to przeczytać tylko postanowił poprawić sobie self-esteem i poczuć się dumym z zamieszczenia na portalu gigantycznego tektu, którego nikt opócz niego nie potrafi objąć. Opisywnie muzyki track2track trudno nazwać recenją - raczej analizą. Co do ujawniania się, to chyba osoba, która napisała komantarz powyżej nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, czym jest tożsamość w internecie - otóż jest iluzją. Nawet gdybym podał jakieś nazwisko to nikt nie mógłby być pewien, że jest ono prawdziwe. Nawet mój IP niewiele by powiedział jeśli korzystam z kawiarenki. Tak więc mój ostateczny apel brzmi: PISZCIE TEKSTY DLA LUDZI A NIE DLA POPRAWY WŁASNEGO POCZUCIA WARTOŚCI. Jeśli macie kompleksy to idźcie do lekarza (jak do ładnie ujął autor powyższego komentarza) ale nie piszcie takich recenzji.

Tomek:

Moja ocena:
bez oceny

Anonimowym krytykantom? A "Mistrz Ciętej Riposty" to co? Imię i nazwisko? A to dobre.

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Jak zwykle to samo... Żal coś ściska, że recka taka profesjonalna?! Bo oczywiście żaden nie słyszał o tylu ciekawostkach i faktach z produkcji? Czy też żal że ktoś napisał recenzję przed kimś :] No fakt, mnie by też było żal bo taka recka demotywuje do pisania własnej. Ja też kończę, z poważaniem oczywiście... Albo nie - jeszcze parę słów o płycie. Ocena idealnie wyważona. Music by JOhn Barry - to mnie elektryzuje zawsze... I moge powiedzieć jedno. Wiele wiele lat później...30 lat później James Newton Howard komponuje muzykę do kolejnego King Konga. Szkoda tylko że w muzyce nie widać tej niby aż takiej różnicy czasowej. Oba scory na tym samym, mocno dobrym poziomie. Oba polecam jednakowo, choć wiadomo, senstyment mam tylko do jednej z tych ścieżek :D


  Do tej recenzji są jeszcze 3 komentarze -> Pokaż wszystkie