Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Omen III: The Final Conflict - Deluxe Edition

21 Lipiec 2005, 16:31 
Kompozytor: Jerry Goldsmith

Rok wydania: 1981/2001
Wydawca: Varese Sarabande

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Omen III: The Final Conflict - Deluxe Edition

Odtwarzaj / Zatrzymaj

SATYSFAKCJA GWARANTOWANA - nagroda Soundtracks.plPo sukcesie horroru Omen producenci od razu zaplanowali nakręcenie dwóch kolejnych *sequeli tak, aby utworzyła się trylogia. Nakręcony w 1978 Omen II: Damien nie przyniósł im spodziewanych dochodów, w związku z tym produkcja trzeciego filmu odwlekła się w czasie i z pewnymi problemami dobiegła końca w 1981r. W Omen III: The Final Conflict jak sam tytuł wskazuje dochodzi do finalnego starcia dobra ze złem. Antychryst Damien Thorne jest już dorosły i kieruje świetnie prosperującym rodzinnym przedsiębiorstwem Thorne Industries. Ma ono mu pomóc w zdobyciu władzy nad światem. Siły zła pomagają mu w pozbyciu się ambasadora USA w Wielkiej Brytanii. Thorne wkradając się w łaski prezydenta USA obejmuje urząd ambasadora – wszystko dlatego, że to w Anglii ma dojść do powtórnego przyjścia na świat Jezusa Chrystusa, którego Thorne będzie próbował w filmie zgładzić. Oczywiście siły dobra nie będą próżnować. Siedmiu mnichów z tajemniczego zakonu będzie próbowało zasztyletować Antychrysta.

Film Omen III jest katastrofalnie słaby, pełen nieprzemyślanych pomysłów i zdarzeń oraz sprawia wrażenie robionego w pośpiechu – jest to bezczelny skok na kasę. Twórcy potraktowali widzów jak kretynów obdarzonych krótką pamięcią. Jest kilka sprzeczności z twierdzeniami z poprzednich dwóch części trylogii, chociażby taka: jak wyraźnie zaznaczono w Omenie, Antychryst może zostać zgładzony za pomocą siedmiu sztyletów, a tymczasem w The Final Conflict jakoś wystarczył jeden sztylet. Co ciekawe w parę lat później pazerni producenci przypomnieli sobie o tym błędzie i nakręcili telewizyjny Omen IV. Zupełnie niepotrzebnie trylogia zamieniła się w tetralogię. Pomijając muzykę, jeżeli już można pochwalić The Final Conflict to wyłącznie za solidną kreację Sama Neilla w roli Antychrysta i świetną scenę polowania.

Przyznam, że gdy sięgałem po muzykę Jerry`ego Goldsmitha z tego filmu po raz pierwszy, spodziewałem się powtórki z rozrywki na solidnym poziomie – wiadomo jak to bywa z muzyką w kontynuacjach. Tymczasem spotkało mnie kolosalne zaskoczenie. Oto bowiem odnalazłem prawdziwego Graala muzyki filmowej! Olbrzmi talent i wieloletnie doświadczenie kompozytora spotkały się i zaprocentowały w tym projekcie jak nigdy wcześniej. Legendarny twórca mocno zmobilizował się do tego projektu, użył całego warsztatu i kunsztu, jaki posiadł osiągając wspaniały efekt. Owszem nie jest to wielka sztuka, lecz rzemiosło tyle, że przez duże R. Tutaj kompozytor osiągnął w jego tworzeniu skończoną doskonałość. Omen III: The Final Conflict to koronny dowód na to, że do żenującego, głupiego filmu można na napisać genialną muzykę. Chyba w żadnym innym projekcie kompozytora nie było tak dużej różnicy między poziomem filmu a muzyki. Jego muzyka góruje nad filmem o kilkanaście klas. W wielu nieudolnie skleconych scenach bierze na siebie cały ciężar dodając im znacznie głębszego wymiaru i wznosi je na znacznie wyższy poziom emocjonalny. Gdyby nie muzyka ten film najpewniej zamieniłby się w komedię, a wiele scen pozbawionych dramatycznej ilustracji kompozytora wywołałoby szyderczy chichot widzów. Wydaje mi się, że paradoksalnie właśnie dzięki słabości filmu powstała do niego tak wspaniała muzyka. Goldsmith miał duży sentyment do tej serii, widząc, że filmowe zwieńczenie trylogii będzie katastrofą postanowił mocno wspomóc film swoją muzyką.

Ponieważ przedmiotem recenzji jest ostatnie ogniwo trylogii warto może porównać je z poprzednikami. Muzyka z Omenu była połączeniem złowieszczych chórów z raczej kameralnym brzmieniem orkiestry, z którymi kontrastowała pełna zniewalającej niewinności liryka. Najmroczniejszy z całej trylogii, prawie zupełnie pozbawiony optymizmu, w dużej mierze powtarzający koncepty i techniki z pierwszej części Omen II był wypełniony demonicznym chóralno-symfonicznym terrorem – kompozytor nazwał nawet swój *score muzyczną czarną mszą. W porównaniu do poprzedników Omen III jest dużym odejściem od zaprezentowanej wcześniej formuły. Spowodowane jest to w dużej mierze fabułą filmu, który nie jest typowym horrorem. Muzyka nabrała epickiego rozmachu. To połączenie chóru, orkiestry symfonicznej i elektroniki na znacznie większą skalę - jest to istna opera filmowa, wielka muzyczna walka dobra ze złem. Goldsmith porzucił całkowicie materiał melodyczny z poprzednich score`ów, zmodyfikował wyraźnie sposób użycia chórów i łączenia ich z orkiestrą a także zaproponował tu zupełnie świeże sposoby budowania napięcia i klimatu niesamowitości. Czy The Final Conflict jest bardziej przystępny od poprzedników? Trudno powiedzieć, ma jednak jedną wielką zaletę – ta muzyka potrafi zahipnotyzować, w każdym fragmencie, frazie i utworze kryje się coś niezwykłego, fascynująca barwa czy odcień, genialne rozwiązanie techniczne, zniewalająca gra instrumentów. Goldsmith bardzo krótko trzyma tutaj słuchacza nie dając mu się znużyć i odejść myślami od muzyki, mimo, że jednocześnie muzyka jest szalenie zaawansowana technicznie (pod tym względem przewyższa nawet pierwszego Omena) a wiadomo, że często podczas słuchania bardzo łatwo traci się kontakt z tak skomplikowaną muzyką (przykładem niech będzie Poltergeist, który choć najlepszy technicznie ze wszystkich horrorów Goldsmitha, to potrafi znużyć i nieraz oderwać od siebie słuchacza). Czegoś takiego nie znalazłem w innych ilustracjach horroru.

Pora na analizę poszczególnych kompozycji. Praktycznie każda z nich jest majstersztykiem muzycznym prezentującym szeroki wachlarz umiejętności twórcy i różnorodność rozwiązań w budowaniu klimatu sceny. Niestety nie jestem w stanie opisać każdej, gdyż recenzja zamieniłaby się w pracę doktorską. Skupię się tylko na najważniejszych kompozycjach. *Score rozpoczyna Main Title, gdzie Maestro prezentuje nam swój nowy główny temat napisany dla Thorne`a. Jest to masywna, porażająca i apokaliptyczna kompozycja zwiastująca przejęcie władzy nad światem przez Antychrysta. Jerry Goldsmith oparł ten temat na fanfarze z Dies Irae. Mieszany chór przy akompaniamencie męskiego(powtarzącego słowo larum) i potężnych *waltorni odśpiewuje tu łaciński tekst napisany przez „choral mastera” Johna McCarthy`ego. Pod koniec kompozycji Goldsmith prezentuje temat nadejścia Chrystusa (o którym wspomnę później) a chór i orkiestra wchodzą na niebiański ton sugerując podjęcie rękawicy przez siły dobra. Znakomita kompozycja.

Bardzo dobry A T.V. First to ilustracja okrutnej śmierci pierwszego z mnichów, który próbuje zasztyletować Thorne`a a potykając się na rusztowaniu nad studiem telewizyjnym, zawisa na kablu i spala się żywcem. Powoli kroczące kontrabasy i fagot ustępują miejsca cichemu kobiecemu chórowi, który długo ciągnie frazę osiągając ze smyczkami *crescendo, i uruchamiając action-score: rytmicznie pulsujący syntezator, chór pędzący w bardzo szybkim tempie, niesamowicie karkołomne partie nadpobudliwych dętych drewnianych i ksylofonów, do których dołączają oszałamiające waltornie. Identyczny action-score znajdziemy w Parted Hair.

Po raz pierwszy w trylogii Omen zdarzyło się, że siły dobra otrzymały swój własny temat. W The Monastery usłyszymy temat skomponowany dla mnichów i siedmiu sztyletów służących unicestwieniu Antychrysta. Jest to bardzo długa i rozbudowana melodia w aranżacji na sekcję smyczkową, kreującą nastrój pobożności i czystości. Poprzedza go bardzo łagodnie odegrany przez waltornie temat Chrystusa, który powróci ze zwielokrotnioną siłą w The Second Coming i The Final Conflict. The Second Coming jest jedną z niewątpliwych pereł tego score i szczytem efektywności jaką może osiągnąć muzyka w filmie. Chóralne szepty symbolizujące miliony dusz oczekujące na nadejście Mesjasza, przechodzą tu w temat Jezusa, który zostaje tu z tak ogromną pasją wykonany przez potężny, biblijny mieszany chór i orkiestrę, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że rzeczywiście Chrystus zstąpił na Ziemię, mimo że wizualnie scena ta jest sklecona bardzo kiepsko i bez wyobraźni.

Czas na piece de resistance tego score`u, czyli utwór The Hunt, który przeszedł już do klasyki muzyki filmowej. Jest to mistrzowska ilustracja polowania na lisa (czy może właściwie na Antychrysta), która wprost genialnie została zgrana z obrazem. Budujące grunt pod następny fragment ciche kotły, *smyczki i dzwon przechodzą tu w serię niezwykle melodyjnych wykonań tematu Antychrysta, m.in. na skoczne trąbki oznajmiające ukazanie się zwierzyny i złowieszcze, masywne waltornie, które przeplatają się z rozpisanymi z iście wagnerowskim rozmachem wspaniałymi rytmicznymi *pasażami smyczkowo-trąbkowo-waltorniowymi z których raz po raz wyłania się temat główny.

Zbiorowa pochwała należy się Goldsmithowi za wyśmienite utwory suspensowe: The Statue, The Ambassador, Electric Storm ,666 czy Parted Hair. Są one zbyt skomplikowane, aby poddawać je dokładnej analizie. Warto jednak wspomnieć o ciekawszych patentach, jakie Maestro tu zastosował. Jest to absolutne mistrzostwo w posługiwaniu się muzycznymi środkami wyrazu. Szczególnie w The Statue i Electric Storm gdzie Goldsmith głęboko hipnotyzuje słuchacza użyciem sekcji smyczkowych i włączając smyczkową wirówkę wspartą kotłami i fletami. Warto zwrócić także uwagę na użycie dzwonów rurowych i elektroniki. Bardzo udanym patentem są również „plujące” waltornie wsparte uderzeniami kotłów, które symbolizują wbijanie sztyletu w ciało. Te kompozycje mają stosunkowo uporządkowaną strukturę, atonalności jest niewiele. Jak na underscore bardzo dobrze mi się ich słuchało(może z wyjątkiem już wybitnie ilustracyjnego 666).

Kolejny akapit poświęcę zdecydowanie najlepszej kompozycji suspensowej tego score, czyli The Iron. Jest to jedna z najbardziej błyskotliwych kompozycji tego typu, jakie dane mi było słyszeć. Rozpoczyna harfa kołysząca do snu i smyczki, które przechodzą w chóralne „chanty”, mroczne brzmienie tuby i zjeżdżające ksylofony, aby przejść w pełen okropieństwa *pasaż z przerażającymi lamentami, ostrymi syntezatorami i kłującą w uszy waltornią, „chantujący” męski chór wraz z waltorniami osiąga crescendo i pojawia się najlepsze: niesamowicie długi hipnotyzujący dźwięk waltorni, który z każdą chwilą narasta i coraz mocniej wbija się w słuch wraz z wejściami „głębokiego” syntezatora i otaczającymi nas ze wszystkich stron, nałożonymi na siebie szeptami przepuszczonymi przez echoplex. Robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza, gdy słucha się w nocy przy zgaszonym świetle. Żeby nie psuć zabawy nie zdradzę finału kompozycji. Znakomity jest również ostatni The Final Conflict, w którym usłyszymy smyczki i dzwon odmierzający czas do finalnej konfrontacji, przechodzące w stonowane, pesymistyczne wykonanie tematu głównego, ponownie głębokie brzmienie syntezatora połączone z szeptami, następnie crescendo z udziałem synthów, potężnych waltorni i masywnej sekcji smyczkowej, po którym następuje prawdziwa eksplozja triumfalizmu – wchodzą radosne, biblijne chóry oznajmiając zwycięstwo dobra nad złem. Jerry Goldsmith nie byłby sobą gdyby nie zakończył tego score małym muzycznym żartem, ale tego nie zdradzę:)

Cóż mogę powiedzieć na podsumowanie. Uważam, że jest to najlepszy score z trylogii Omen, tak, tak – nawet lepszy od pierwszego. Co prawda nie zdobył żadnej nagrody tak jak Omen, ale nie to jest miernikiem jakości. W zdobyciu nagród przeszkodził Goldsmithowi mały prestiż tego filmu i klęska kasowa, która pociągnęła film w otchłań zapomnienia. W dodatku trzeba pamiętać, że mamy tu do czynienia z ilustracją sequela. Na pewno jednak The Final Conflict wart jest Oscara czy Złotego Globu. Score ten nie wywarł takiego wpływu na gatunek horroru jak pierwszy Omen, lecz gdy słucham muzyki takich twórców jak Mark Snow czy John Ottman wyraźnie słyszę u nich inspirację tym score. Oceniając tą muzykę po 24 latach od jej powstania muszę szczerze stwierdzić, że absolutnie się nie postarzała. Ma na to wpływ między innymi doskonała jakość nagrania na wydaniu DeLuxe. Zaprawdę muzyka brzmi tak jakby nagraną ją wczoraj. Muzyka nie zestarzała się również dlatego, że syntezatory były używane z dużym umiarem - to połączenie chóru, symfoniki i elektroniki jest moim zdaniem idealne. Mimo, że nie ma tu chwytliwych, tanich tematów to poza kilkoma nielicznymi wyjątkami nie jest to muzyka ciężka w odbiorze i nieznośnie ilustracyjna, dlatego mogę ją z czystym sumieniem polecić zarówno początkującym jak i bardziej zaawansowanym słuchaczom muzyki filmowej.

Często nadużywane przez recenzentów w tekstach komplementy i wielkie słowa tracą swoją wartość w oczach czytelników. W wypadku tego dzieła najzaszczytniejsze komplementy są jednak jak najbardziej na miejscu. Przyznam nieskromnie, że wiele już w swoim życiu przesłuchałem, ale niewiele score`ów zrobiło na mnie tak kolosalne wrażenie, jak The Final Conflict. Jeżeli muzyka filmowa może znokautować słuchacza to zrobił to na mnie właśnie score Jerry`ego Goldsmitha. Powiedzieć, że to jeden z najlepszych score`ów kompozytora to za mało, gdyż arcydzieł miał on na koncie bez liku. Jest to bez wątpienia jedno z największych dzieł w historii muzyki filmowej.

p.s. Muzyczna trylogia Omen jest w Polsce szalenie niedoceniana. Pozostaje ona w głębokim cieniu innych trylogii: Rambo, Indiany Jonesa a nawet Powrotu do przyszłości. W świadomości polskich fanów istnieje tylko pierwsza część z 1976r wielokrotnie opiewana przez recenzentów i szeroko rozreklamowana, pozostałe części są prawie zupełnie nieznane, także dlatego, że dwa kolejne ogniwa filmowej trylogii bardzo rzadko były emitowane w polskiej telewizji. Mam nadzieję, że to się z czasem zmieni, ponieważ mamy tu do czynienia z dużym ewenementem w dziedzinie ilustracji muzycznych horroru. Żadna inna serii horrorów nie ma tak doskonałej muzycznej oprawy, która tak świetnie działałaby zarówno w filmie jak i poza nim. Warto się o tym przekonać.

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)



Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Main Title - 3:26
2. The Ambassador - 4:48
3. Trial Run - 2:12
4. The Monastery - 3:14
5. A TV First - 2:48
6. The Statue - 4:11
7. The Second Coming - 3:22
8. Electric Storm - 5:19
9. The Hunt - 4:00
10. The Blooding - 3:36
11. Lost Children - 3:42
12. 666 - 3:00
13. Parted Hair - 6:33
14. The Iron - 2:28
15. The Final Conflict - 8:32

Razem: 62:33



Komentarze czytelników:

Babuch:

Moja ocena:

Damian gratuluję recenzji. Przeczytałem z wypiekami na twarzy J. Muszę się z Tobą absolutnie zgodzić iż to najlepszy ze scorów do trylogii (i oczywiście tetralogii) Omenów. Film jak wspomniałeś jest żenująco słaby (ja mimo owej muzyki i oglądania produkcji w nocy- wiadomo klimat musi być- nie mogłem powstrzymać się od śmiechu) Nie jest to oczywiście wina Goldsmitha który napisał partyturę pod horror- tylko że ten film powinien raczej otrzymać melodię farsowe- może wtedy stałby się komedią w prawdziwym tego słowa znaczeniu, a nie niezamierzoną parodią. Niemniej jednak gdy odseparujemy muzykę od filmu (wiem że tego się nie powinno robić, ale w tym wypadku jest to jak najbardziej wskazane), otrzymujemy jedną z najlepszych ilustracji do horrorów. Nigdy nie lubiłem tego gatunku, ze względu na małą autonomiczność ilustracji. Goldsmith w całej trylogii potrafił stworzyć nową metodę obrazowania, opartą nie tylko na klimacie i nerwowym oczekiwaniu na wielkie łup które w końcu następowało, lecz także umiejętnym operowaniu chórem i tematem. Nie znam się na Goldsmithcie, nie lubię jego muzyki, ale nie mogę zaprzeczyć jego wielkości, wielkości którą osiągnął takimi partyturami jak choćby zapomniany przez wielu OMEN 3.

Olek Dębicz:

Moja ocena:

Istotnie znakomita recenzja! "The Final Conflict" jest cudownym zwieńczeniem genialnej muzycznej trylogii, jak słusznie zauważył Damian - często kompletnie niedocenianej.

Mikado:

Moja ocena:

Według mnie najrzadziej puszczali pierwszą część. Ostatni raz ją widziałem bodajże w 2000 roku. Jednak Polsat prawdopodobnie w sierpniu zaoferuje całą trylogię, tak więc będzie można przysłuchać się kompozycjom Jerryego/

Rafalski:

Moja ocena:

och, kurcze, cóż za niesamowita muzyka!!! Podszedłem do tego albumu bardzo sceptycznie, ale juz po 30 sek. z głośników wydobywa sie tak niesamowicie esencjonalny geniusz Goldsmitha, że wprost trudno sieoderwać od słuchania. KLASYK!

MaciekG.:

Moja ocena:

Oczywiście na początku jak większosć komentujących musze pogratulować świetnej recenzji. Brawo! Co do płyty to dla mnie najlepszą pozostaje część druga. Ale oczywiście trójka też jest genialna bez dwóch zdań. Mogę tylko polecić.


  Do tej recenzji jest jeszcze 9 komentarzy -> Pokaż wszystkie