Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Kryptonim U.N.C.L.E. (The Man from U.N.C.L.E.)

07 Grudzień 2015, 19:14 
Kompozytor: Daniel Pemberton

Rok wydania: 2015
Wydawca: Sony Music (EU) / WaterTower (USA)

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Kryptonim U.N.C.L.E. (The Man from U.N.C.L.E.)

Wszystko zaczęło się od serialu, który w latach 1964-68 emitowała amerykańska stacja NBC. Pierwotnie czarno-białe przygody Napoleona Solo, w którego z wdziękiem wcielał się Robert Vaughn, nigdy nie osiągnęły tak ogromnej popularności, jak chociażby Mission: Impossible, ale odbiły się echem w historii tamtejszej telewizji, z czasem osiągając status kultowy. Na bazie opasłego materiału powstało także osiem pełnometrażowych filmów, które rok po roku ukazywały się w europejskich kinach. Mimo to marka ta stosunkowo szybko umarła.

Archiwa United Network Command for Law and Enforcement ponownie otwiera dopiero teraz Guy Ritchie, który w rolach głównych obsadził najnowsze wcielenia Supermana i Jeźdźca znikąd oraz dwie niezwykle urodziwe towarzyszki, a całość polał dużą dawką staromodnego humoru, typowym dla blockbusterów rozmachem i stylowym klimatem retro, jaki objawia się nie tylko w efektownych, nawiązujących bezpośrednio do serii wizualnych trickach, ale również w pieczołowicie przygotowanej ścieżce dźwiękowej.

Tym razem to jednak nie Hans Zimmer odpowiada za ilustrację, lecz relatywnie nieznany szerszej publice, stawiający coraz śmielsze kroki w dużym kinie Daniel Pemberton. Co prawda młody Anglik nie zdołał się jeszcze dobrze zaznaczyć na mapie Hollywood, ani też nie wypracował sobie charakterystycznego stylu. Ale ten tytan pracy (już ponad 100 tytułów na koncie!) doskonale odnalazł się w przyjętej konwencji, po raz kolejny udowadniając swój talent i niezwykle plastyczny zmysł, o jakim pomarzyć może wielu bardziej faworyzowanych od niego na rynku kolegów.

W oryginalnym serialu wybrzmiewał temat Jerry’ego Goldsmitha (acz pośród wielu sław, jakie przewinęły się przez U.N.C.L.E. był także Lalo Schifrin) – typowa dla tamtej dekady mieszanka luzackiego rytmu i swoistej zadziorności nut. Motyw ten raczej nie należy do czołówki brzmień małego ekranu, ale bez problemu kołacze w głowie na długo po wypełnieniu swojej roli. Pemberton nie sili się na jego bezmyślne epatowanie, a nawet i bagatelizuje obecność klasyka, lecz dobrze odrobił lekcję – jego muzyka aż skrzy się podobną stylizacją, bliźniaczym taktami oraz, przede wszystkim, emocjonującym polotem. Są to niesamowicie urocze, w większości dynamiczne, wielce chwytliwe dźwięki, które z głośników – nieważne, czy kinowych, czy domowych – dosłownie płyną, a niemal każdy utwór to mała perełka.

Maestro na pewno pomogło wykorzystanie staroświeckich instrumentów, po jakie obecnie nie sięga się często (m.in. pianino Rhodesa). Nie oglądając się na wypełniającą dzisiejsze ekrany elektronikę, rozpisał on swą partyturę na niewielki zespół o mocno jazzowym rodowodzie, jaki dodatkowo uzupełnia równie kameralna orkiestra, co dało dużo miejsca na twórczą kreatywność. Efektem tego znakomite działanie muzyki w ruchomym obrazie – dodaje ona poszczególnym scenom nie tylko klimatu, tudzież polotu, co zwyczajnie podnosi ich jakość, wraz z montażem często przekuwając je w małe dzieła sztuki. Doskonale słychać to zarówno w otwierającej historię sekwencji berlińskiej ucieczki, co, zwłaszcza, w finale, który jako żywo przywołuje na myśl prace Ennio Morricone z tamtego okresu, z charakterystycznymi wokalizami, kołysankowym brzmieniem i quasi-westernową aurą. Coś pięknego.

Score trafnie uzupełniają też starannie dobrane szlagiery z epoki. Z uwagi na bohaterów i miejsce akcji, ograniczono się do amerykańsko-włoskich hitów, z których pierwszy usłyszymy już na napisach początkowych, a ostatni wieńczy całą opowieść. Siedem z trzynastu wykorzystanych przez Ritchiego piosenek zgrabnie powtykano pomiędzy kompozycje Pembertona. Część z nich wywołuje banana na twarzy, unieśmiertelniając we wspomnieniach konkretne kadry, podczas gdy inne po prostu odpowiednio różnicują materiał. Wszystkich słucha się z niekłamaną przyjemnością.

Warto przy tym odnotować, iż jest to przyjemność zarezerwowana jedynie dla posiadaczy fizycznego albumu. Wersja elektroniczna soundtracku ogranicza się do samej tylko muzyki oryginalnej, w zamian oferując cztery bonusowe utwory, jakich nie znajdziemy na płycie CD (ciut przydługiej, ale dobrze wyważonej). Niezależnie jednak od wybranej opcji, jest to jedna z najciekawszych ilustracji filmowych ostatnich lat, która plasuje się także wśród najlepszych A.D. 2015. Pozostaje liczyć, że nie podzieli ona fiaska produkcji, do jakiej powstała, a karierę Pembertona pchnie do przodu. Zasługuje na to równie mocno, jak rzeczony krążek na wysoką ocenę.

Recenzję napisał(a): Jacek Lubiński (Mefisto)   (Inne recenzje autora)





Lista utworów:

01. Compared To What – Roberta Flack (05:16)
02. Out Of The Garage (03:47)
03. His Name Is Napoleon Solo (02:38)
04. Escape From East Berlin (04:25)
05. Jimmy, Renda se – Tom Zé and Valdez (03:39)
06. Mission: Rome (02:40)
07. The Vinciguerra Affair (03:22)
08. Bugs, Beats and Bowties (01:52)
09. Cry To Me - Solomon Burke (02:36)
10. Five Months, Two Weeks, Two Days – Louis Prima (02:09)
11. Signori Toileto Italiano (02:37)
12. Breaking In (Searching The Factory) (03:04)
13. Breaking Out (The Cowboy Escapes) (02:04)
14. Che Vuole Questa Musica Stasera – Peppino Gagliardi (03:36)
15. Into The Lair (Betrayal Part I) (01:47)
16. Laced Drinks (Betrayal Part II) (03:40)
17. Il Mio Regno – Luigi Tenco (02:23)
18. Circular Story (04:03)
19. The Drums Of War (05:11)
20. Take You Down (03:26)
21. We Have Location (02:22)
22. A Last Drink (01:48)
23. Take Care Of Business – Nina Simone (02:04)
24. The Unfinished Kiss (02:53)
Bonus Tracks (TYLKO w wydaniu w wersji cyfrowej):
25. The Red Mist (02:10)
26. The Switch (00:58)
27. Warhead (02:18)
28. Fists (01:49)



Komentarze czytelników:

PrzeMysław Marciniak:

Moja ocena:
bez oceny

Czyżby dokonał się jakiś transfer? Z muzyki filmowej do soundtracks.pl, czy Pan Jacek jest tylko na gościnnych występach?

Mefisto:

Moja ocena:

To się nazywa ekspansja. Wkrótce cały internet będzie mój! Buehehehehehe!

Tomasz Goska:

Moja ocena:
bez oceny

Tia. Musiałbyś sobie albo cycki dorobić albo po prostu kotem się urodzić. :P

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Każdego da się kupić. Nawet Mefista ;-)

Radosław:

Moja ocena:

Pełna zgoda i jedna z największych muzycznych niespodzianek tego roku.