Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Dekonstrukcja mitów

01 Kwiecień 2004, 12:51

Po burzliwej dyskusji pod recenzją "Nagiego Instynktu", Samuel Nowak napisał artykuł, w którym kontynuuje swoją polemikę. UWAGA: Zastrzegamy, że są to wyłącznie opinie Samuela, a pozostali członkowie redakcji się z nimi nie zgadzają.



Zbyt często piszemy o kompozytorach "mistrzowie", "artyści". Zbyt często zapominamy, że ich muzyka nie jest dziełem samodzielnym, lecz produktem wtórnym. Wtórnym wobec filmu jako dzieła kompleksowego oraz wtórnym jeśli chodzi o środki muzycznego wyrazu.

Zmarły w roku 1943 w - nomen omen!- Beverly Hills Sergiej Rachmaninow mawiał, że w ogóle nie rozumie współczesnej muzyki. Pisał więc do końca życia w manierze późnoromantycznej. Zatem dlaczego jego dzieła wciąż budzą zachwyt i nie uznaje się ich za eklektyczne? Przecież o hollywoodzkich twórcach pokroju Williamsa, Goldsmitha, Barry`ego i dziesiątkach im podobnych piszemy, że się powtarzają. W dodatku w czasach gdy Rachamninow komponował swe wybujałe frazy tworzyli już kompozytorzy nowej muzyki - Drugiej Szkoły Wiedeńskiej (A. Berg, A. Schonberg, A. Webern), we Francji szalał neoklasycyzm (I. Strawiński, szkoła N . Boulonger) a w Stanach Zjednoczonych działali A. Copland i Ch. Ives. Jednak mało kto, chcąc nie chcąc, nie zna tematu z III Koncertu fortepianowego Rachmaninowa. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta - bo Rachmaninow był geniuszem. W dodatku pisał w czasach, gdy muzyka wciąż szukała swojej nowej formy. Jego, było nie było spóźniony romantyzm, był usprawiedliwiony. Jednak blisko 70 lat później współcześni kompozytorzy filmowi wciąż odwołują się do muzyki romantycznej, a ci z nich, którzy skłonni są wzbogacić swoje kompozycje o elektronikę (jakąkolwiek!) nazywa się "eksperymentatorami". Ku zadowoleniu gawiedzi, bezmyślna eksploatacja systemu dur-moll idzie w najlepsze. Dlaczego? Bo taką muzykę najprościej zaakceptować. Melodyjnie, zgrabnie, zawsze tak samo. Pogrążamy się w monotonii, wmawiając sobie, że mamy do czynienia z wielką sztuką. Nic bardziej błędnego. Czas zdemaskować mity, które rządzą naszymi wyobrażeniami o muzyce filmowej.

mit pierwszy: kompozytor filmowy jako artysta


Aby być w pełni sprawiedliwym i nie wydawać krzywdzących opinii należy przyjrzeć się roli kompozytora muzyki filmowej. Jakie jest jego miejsca, funkcja i pole działania? Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że kompozytor nie pisze muzyki sensu stricto, ale muzykę dopasowaną do obrazu. Jest bardzo ograniczony materiałem filmowym. Co prawda spotkałem się już z takimi nonsensami jak jeden z wpisów na soundtrackowym forum, wedle którego kompozytor filmowy jest wolny od wszelkiej formy i posiada wielką swobodę twórczą, jednak ręczę, że to nieporozumienie. Kompozytor otrzymuje film i ma go po prostu wzbogacić muzyką. Od jego talentu zależy jedynie, czy zrobi to w sposób oryginalny, czy doda dziełu blasku, czy wzbogaci o specyficzny klimat. Jednak cały czas twórca taki porusza się w obrębie dzieła audiowizualnego, które ma jedynie dopełnić. Owszem, czasami jego muzyka zyskuje na dużej niezależności, lecz nie jest to autonomia. Jest to muzyka wywodząca się z obrazu i w nim znajduje swój sens. To obraz sugeruje nastrój, tempo, a nawet dobór instrumentów. Pewne efekty lepiej osiąga się za pomocą instrumentów dętych, inne za pomocą perkusji a jeszcze inne pisząc temat na smyczki. Tak czy owak - zawsze u podłoża muzyki filmowej leży obraz. Kompozytor filmowy, poza eksperymentatorskimi wyjątkami, nie jest więc artystą. To rzemieślnik, który nigdy nie wypowiada się w swoim imieniu. Natomiast zadaniem recenzenta muzyki filmowej jest ocena w jaki sposób twórca wywiązał się ze swoich zobowiązań; jak muzyka funkcjonuje w filmie, a jak na płycie.

mit drugi: muzyka filmowa jako nowa klasyka


Przyznam, że nie zaskoczyła mnie dyskusja, którą wywołała recenzja "Nagiego instynktu" Goldsmitha. Oto wreszcie po miesiącach sprzeczek "kto jest lepszy -Williams czy Goldsmith?", "kto częściej zagrywa na syntezatorze - Horner czy Zimmer?", "kto napisał więcej nut - Williams czy Elfman?" wywiązała się intrygująca dyskusja, w której każdy miał coś do powiedzenia. Pośród ciekawych uwag pojawiły się także stwierdzenia zwyczajnie głupie. I czas się z nimi rozprawić.
Uderzający jest w tej dyskusji brak dystansu słuchaczy wobec muzyki filmowej. Próbują oni traktować ją samodzielnie, nadając jej autonomię muzyki nie-filmowej. Padają hasła o "nowej klasyce", subiektywizmie oceny, a nawet wielkim talencie kompozytorów muzyki filmowej. Zatem przyjrzyjmy się tej nowej klasyce. Jakie wprowadziła rozwiązania wcześniej nie stosowane? Może jeden dolar za jedną nutę? A jak urozmaiciła skład instrumentów? - Powiększając orkiestrę symfoniczną o kilka syntezatorów? Jak wykorzystała osiągnięcia muzycznego przełomu stuleci? Otwierając się na folklor w stylu "będą dudy, więc mamy styl ludowy"?

Hollywoodzka muzyka filmowa jest w gruncie rzeczy jedną z najbardziej skostniałych form muzykowania, która co gorsza usiłuje nas przekonać, że jest sztuką. To co najwyżej sprawne rzemiosło. A ślepe sięganie do tradycji muzycznej XIX wieku nie jest już eklektyzmem, ale grzebaniem we wnętrznościach trupa. Dotyczy to wszystkich Williamsów, Hornerów i Goldsmithów. Pomijam oczywiście takie kompozycje, gdzie twórcy zdobyli się na oryginalność, lecz są to pojedyncze przypadki.
Sztuka aby przetrwała musi poruszać, pobudzać do myślenia i być zgodną z duchem czasów. Ten trzeci warunek jest w zasadzie jedyną żelazną zasadą, jedynym obowiązkiem. Zatem czy smętne frazy z "Titanica", "E.T." lub "Mumii" oddają jakąkolwiek ideę czasów, w których powstały? Inaczej mówiąc - czy za 100 lat potencjalny słuchacz zainteresowany muzyką końca XX wieku sięgnie po muzykę filmową czy po Pendereckiego, Parta lub Sinopolliego? Czy za kilkadziesiąt lat ktoś będzie pamiętać muzykę, która nie powstała jako samodzielna wypowiedź ale dodatek? Nie.

mit trzeci: muzyka filmowa jako muzyka absolutna


Sprawa traktowania muzyki filmowej jak każdej innej muzyki została już po części przeze mnie omówiona. Jest to jednak temat na tyle odrębny, że warto skupić się na nim raz jeszcze. W licznych recenzjach, które pojawiły się w portalu Soundtrck.pl, autorzy opisują swoje przeżycia: "czujemy się jak w środku katastrofy", "muzyka oddaje urok miejsca" etc. Wiele z tych tekstów przesiąkniętych jest egzaltacją -przepraszam za dosłowność- typową dla małego dziecka. Bo jeśli kogoś porusza syntezator w "Titaniku" to, jak mniemam, potężny chór z VIII Symfonii G. Mahlera może go zabić. Słuchanie muzyki filmowej może dawać satysfakcję, gdyż i tu zdarzają się rzeczy oryginalne i na swój sposób poruszające, ale traktowanie jej zupełnie poważnie staje się śmieszne. Nie można praw muzyki pisanej z potrzeby twórczej, natchnienia (nawet opłaconego) rozszerzać na muzykę stworzoną pod dyktando obrazu. Jeśli ktoś pisze, że woli Goldsmitha od Bacha znaczy to jedynie tyle, że nigdy w życiu nie przesłuchał jakiegoś utworu Bacha od początku do końca. Bo nie wierzę, że nie porwałaby go np. "Wariacje goldbergowskie". Wszak muzyka hollywoodzka dostarcza tego, co inni kompozytorzy już napisali dziesiątki lat temu. Ciepłe i melodyjne tematy z "Hooka" Williamsa odnajduję w "Dziadku do orzechów" Czajkowskiego i "Tańcach symfonicznych" Rachamninowa. Wybujałość Goldsmitha z "Nagiego instynktu" znajduję w "Obrazach na orkiestrę" Debussy`ego a patetyczność "Tańczącego z wilkami" Barry`ego w symfoniach Brucknera. Można tak wyliczać w nieskończoność. Wszystko, co proponuje nam obecnie muzyka hollywoodzka to klisze dzieł dawno napisanych. Nikt chyba nie odmówi wielu cech wspólnych dla partytur Hornera, Doyla czy Elfmana.

Jest jeszcze sprawa formy. Przyznam, że omal nie spadłem z krzesła czytając na forum, że kompozytora nie-filmowego ogranicza znacznie więcej zasad aniżeli twórcę muzyki filmowej. Wyliczyłem już jak bardzo kompozytor taki uzależniony jest od obrazu filmowego (vide: mit pierwszy); można by te zależności jeszcze rozwinąć w kilkudziesięciu stronnicowe dziełko (zainteresowanych odsyłam do tekstów Z. Lissy i A. Helman). Tymczasem twórcę muzyki z nurtu klasycznego, muzyki nie-filmowej, nie ograniczają żadne normy. Dotyczy to także twórców muzyki popularnej (w znaczeniu: szeroko akceptowanej, będącej częścią współczesnej muzyki nie-filharmonicznej) od Petera Gabriela przez Pink Floyd do REM . Wracając do klasyki - już w XIX wieku normy gatunkowe zaczęły się rozluźniać, a to co współczesny kompozytor nazywa symfonią nie ma wiele wspólnego z formą wyprowadzoną z allegra sonatowego przez J. Haydna. Z resztą już Beethoven wprowadzając chór w IV części swojej IX symfonii otwiera ten gatunek na zmiany. W późniejszych symfoniach Mahlera nie sposób już odseparować symfonizmu od pieśni. Zatem: kompozytor pisze zgodnie podpowiedzią talentu. Może poruszać się w obrębie gatunków, ale równie dobrze może je przekraczać, łączyć, parodiować. Nie obowiązują go od tej strony żadne reguły. Kompozytor muzyki filmowej pisze tak, jak podpowiada mu ruchomy obraz. I nie ma od niego ucieczki.

Pozostaje jeszcze kwestia samorealizacji się muzyki, która jedynie sama w sobie jest celem. Z tego punktu widzenia nie ma rozróżnienia pomiędzy autonomicznością piosenki Kate Bush i kwartetu smyczkowego W. Lutosławskiego. Oba utwory powstały jako samodzielne wypowiedzi muzyczne, realizujące się na różnych płaszczyznach formalnych, ale znajdują one spełnienie w samych sobie czyli w muzyce.

Muzyka filmowa, silnie sprzęgnięta z obrazem, nigdy nie przekroczy tych barier. Pozostanie jedną z części dzieła filmowego, która czasami nadaje się do samodzielnego odsłuchu, ale będzie to lektura bardzo powierzchowna, bo tylko częściowa. Rozprawianie o muzyce filmowej ma sens tylko wtedy, jeśli nie zapomnimy, iż jest uwikłana jest ona w relacje z obrazem. Jeśli zaczniemy traktować ją samodzielnie, nakładamy na nią kategorie jej obce, a sami stajemy się śmieszni.

Bach kontra McGyver?


Cieszy mnie, że jest takie miejsce w polskim internecie, gdzie o muzyce filmowej pisze się dużo i regularnie. Martwi, że większość piszących o ścieżkach dźwiękowych próbuje przekonać czytelników (siebie samych już przekonywać nie muszą) o autonomiczności takowej muzyki. Obowiązkiem recenzenta jest zachować dystans do omawianego dzieła; w przypadku muzyki filmowej jest to aspekt najistotniejszy. Zapominając o nim, piszemy brednie. Muzyków, którzy nie pracują samodzielnie nazywamy artystami, a ich twórczość urasta do rangi symfonii Beethovena. Jest to tym bardziej śmieszne, że większość recenzentów skupia się na muzyce hollywoodzkiej, której sztampowość już dawno przekroczyła granice przyzwoitości. A jeśli ktoś nadal utrzymuje, że Wagner może konkurować z Williamsem, a Goldsmith jest ciekawszy do Bacha, mniemam, iż "Symfonia jowiszowa" Mozarta to ta sama klasa dzieł, co muzyka do "MacGyvera". Logiczne, czyż nie?

Samuel J. Nowak

PS: Jestem otwarty na wszelką polemikę - czy ktoś podejmuje wyzwanie?




łukasz Remiś:

Drogi Samuelu, uważam, że Twoje stwierdzenia w tym artykule są po prostu śmieszne. Jak można w ogóle porównywać utwory klasyczne z „MacGyverem”! Tego soundtracku, to ja akurat nie porównałbym nawet z innymi partyturami filmowymi, bo jest oczywiste, że to tylko „serialowa muzyczka”. Również Twoje stwierdzenie, że nikt tu chyba nie słuchał Bacha, jest wyssane z palca. Ja akurat mogę powiedzieć, że w miarę często słucham klasyki, ale ani razu jeszcze nie dostarczyła mi ona takich wrażeń jak muzyka filmowa. Ani razu nie odczułem tych dreszczy, które wielokrotnie nachodzą mnie przy słuchaniu kompozycji filmowych. Wymagasz od nas obiektywizmu, gdy sam uparcie i stronniczo stoisz na straży poglądu, że klasyka jest lepsza od muzyki filmowej (niczym fani Hornera na straży poglądu, że jego kompozycje są zawsze oryginalne) – to jest fanatyzm. Mnie szczerze mówiąc mało obchodzi, czy muzyka filmowa jest sztuką, czy też nie. Liczy się dla mnie, aby dostarczała mi mnóstwa dobrych wrażeń, podczas gdy klasyce, którą tak uparcie nazywasz sztuką, jeszcze nigdy się to nie udało. A na koniec powiem tylko, że cała ta Twoja wypowiedź jest zupełnie bez sensu. Jak można pisać takie rzeczy, jednocześnie wystawiając muzyce z „Nagiego Instynktu” niemal maksymalną ocenę. Z Twojego tekstu wynika, że Goldsmith mógłby Bachowi buty czyścić, a jednak wysoko oceniasz jego kompozycje – coś tu jest nie tak...!

Babuch:

Samuel ma rację. Nie wydaje mi się też żeby z tego tekstu wynikało że to muzyka klasyczna i tylko klasyczna jest najlepsza. Cieszę się jednak że ktoś w końcu zdemitologizował muzykę filmową i to tą sztampową, hollywodzką. A co do komentarza łukasza. Bardzo długo nie mogłem się przekonać do dobrego (męskiego jazzu) typu Davis, Shorter, Komeda. Nie mogłem go zrozumieć. Nudził mnie. Ale się zawzięłem i po kilkudziesięciu przesłuchanaich soundtracku Milesa Davisa z Dingo (zrobionego wspólnie z Michelem Legrandem) zaczęła się moja przygoda z tą muzyką. Soundtracki to tapeta. Po przesłuchaniu 20 razy taki Władca czy Braveheart nudzą się. Generalna banalność tematów zniechęca. Z Jazzem czy klasyką (genialne Wariacje Goldbergowskie oczywiście w wykonaniu Glenna Goulda - wersja z 1955, krótsza ale lepsza) jest inaczej. Nawet po tysiecznym przesłuchaniu taki Davis potrafi mnie zaskoczyć. Przyjemność rośnie w miarę słuchania. Z filmową jest odwrotnie (no jest może pare wyjatków). Więc trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie po co słuchamy tych soundtracków. Kiedyś byłem fanatykiem tego gatunku teraz słucham ich bo są wyśmienitym tłem dla jakichś zwykłych domowych czynności. Są tapetą do robienia porządków, obiadu, nauki. Są genialnym landszaftem, backgroundem. W domowych pieleszach przywracam niejako oryginalną funkcję muzyce do filmu. Tylko że aktorem jestem ja. To niesamowite jednego dnia robić obiad w takt Marszu Imperialnego innego zaś w rytmie Lamentu Gandalfa... Soundtracki stanowią także wyśmienity relaks (do takiej funkcji nadają się jednak nieliczne ścieżki takie jak Preisner, Lorenc, z Hollywoodu mało kto - czasem Zimmer (Beyond Rangoon) lub M. Danna. Nie traktuję jednak filmowej w taki sposób że siadam otwieram płyte i słucham skupiając się tylko na muzyce. Tak się nie da. Po kilku minutach jestem znudzony. I znów pragnę poczuć się jak aktor... Cieszę się że Samuel napisał ten artykuł. Nie jestem muzykologiem więc moje zdanie o muzyce filmowej i każdej muzyce nie ma racji bytu, ale wydaje mi się że soundtracki, szczególnie te z Hollywodu przypominają takie malarstwo historyczne. To tak jak gdyby dziś artyści (od sztuk plastycznych) zaczęli tworzyć w stylu Matejki (naturalistyczne, akademickie, zrozumiale dla wszystkich obrazy). Nie taki jest jednak cel sztuki. Podsumowując mam tylko jeden zarzut do naprawdę świetnego tekstu Samuela. Ta demitologizacja pozostawiła taką pustkę. Zostawmy choć jeden mit- mit muzyki filmowej jako przyjemnego wytchnienia po cięzkim dniu pracy codziennej. Pod reszta podpisuję się rękami i nogami. łW

Smart:

Moim zdaniem nie należy oceniać muzki filmowej jako autonomicznego dzieła muzycznego, bo takim ona NIGDY nie jest. Muzyka filmowa jest muzyką Z FILMU i oceniać ją należy pod tym względem - jako ILUSTRACJI obrazu, obrazu w ktory ona wkłada EMOCJE. Dlatego nie można recenzować soundtrackow jak płyt jazzowych czy z rockiem progresywnym - słuchacz soundtracku bez uprzedniego oglądnięcia filmu najczęściej oceni płyte inaczej niż po filmie. Moim zdaniem dotyczy to większości klasycznych kompozytorów - troche inaczej jest gdy muzykę do filmu pisze np Vangelis czy Tangerine Dream (np do obejrzenia "Blade Runnera" skłonił mnie soundtrack z niego), no ale tych soundtracków raczej nie można porównać do klasycznej partytury, to już zupełnie inny gatunek).To czy ktoś uważa za najlepszego Elfmana,Goldsmitha czy Zimmera zależy tak naprawde od jednego - od emocji jakie muzyka danego kompozytora u niego wywoła, a u każdego słuchacza mogą być one inne. Wszystko zależy od wrażliwości odbiorcy i często sytuacji (wieku) w jakiej film oglądał. Dlatego niektórzy uważają za najlepszego Elfmana po "Edwardzie Nozycorękim" inni Goldsmitha po "Legendzie" a jeszcze inni Williamsa po "Gwiezdnych Wojnach". I nie ma co sie dziwić, że ktoś broni swojej opini że Williams nie jest rzemieślnikiem, a inny słuchacz chce udowodnić, że Goldsmith jest lepszym kompozytorem od Hornera - bo dla niego JEST. I dobrze że ktoś słucha sobie Preisnera przy skrobaniu pietruszki, podczas gdy ktoś inny upaja się tą muzyką - nie ma dwóch takich samych ludzi. Moim zdaniem słuchacze muzyki filmowej nie powinni kłócić się o wyższość jednego nad drugim, lub o to czy filmowa jest sztuką czy nie, czy jest klasyką czy nie, czy jest popem czy nie... Bo tak naprawde WSZYSTKO jest rzemiosłem, a to co ludzie zaliczą do sztuki czy nie to już jest sztuczny podział. Bo co możemy zaliczyć do sztuki a co nie , jakie są granice? Masowość? Popularność? Powtarzalność? A może to jak pokolenia będą oceniać dane dzieło, że nie zostanie ono zapomniane? Problem w tym, że to ZA NAS ktoś w przeszłości wybrał już, czy dzieło zostało czy nie zostało zapomniane. Ile dzieł przepadło po drodze? Czy średniowiecze nie jest uznane za okres barbarzyński, w którym wiele dzieł zgineło, a niedawno 20 wiek...? Sztuka to pojęcie bardzo delikatne. Sztuką jest to co zostało UZNANE przez pewych ludzi za sztuke. Co do uważania się za słuchaczy lepszej muzyki (przez to za bardziej wrażliwego człowieka czy z lepszym gustem) to jest to po prostu śmieszne - bo co w tym wielkiego że ktoś słucha jazzu, klasyki czy filmowej? Przecież SłUCHACZ to istota bierna, zwykły KONSUMENT czegoś co stworzył TWĂ“RCA. Sposób na zaspokojenie własnego ego - niestety bezproduktywny.

Babuch:

To przeciez jasne że nie można oceniać muzyki filmowej jako dzieła autonomicznego (szczególnie tych eklektycznbych dokonań z Hollywodu). Postulowałem to juz w dyskusjach które toczyły się przy okazji Jak oceniać soundtracki?, Nie wiem jak reszta recenzentów ale ja dopóki nie zobaczę filmu nie odważe się napisać recenzji którą będę mógł uznać za w miarę obiektywną. Dajmy na to w takim Władcy muza lepiej brzmi w filmie, ale z kolei w Ostatnim Samuraju, patos Zimmera jest często nie do zniesienia i w połączeniu z majestatycznymi zdjęciami Tolla tworzy papkę nie do przetrawienia. No ale przeciez to jest jasne. A co do pozostałej treści komentarza pana Smarta... żeby zrozumieć sztukę trzeba ją poznać. Ale nie można się ograniczyc do wspaniałej orientacji w muzyce filmowej, bo potem będziemy nazywać Hornera, Zimmera czy innych wyrobników artystami, twórcami, podzcas gdy są jedynie sztukmistrzami. żeby to wszystko pojąc po prostu trzeba mieć orientację w klasyce, jazzie, a nawet rocku progresywnym. Bo inaczej jest się konserwatystą - akademikiem broniącym zaciekle swych tez. A kłócenie sie czy muzyka filmowa jest sztuką przez duże s? Według mnie nie ma sensu. Nie jest i koniec. Dlaczego? Patrz artykuł Samuela. Rozwaliły mnie prymitywne argumenty w rodzaju skoro jesteście tacy mądrzy to sami skomponujcie muzykę taką jak Gregson Williams... Ja nie jestem muzykiem więc odpada, ale weźmy artystów jazzowych. CZy myślicie że jakby taki Tomasz Stańko chciał skomponować muzykę w stylu Hornera to by tego nie zrobił? Zrobiłby tylko po co wyważać otwarte drzwi. Dlatego Stańko jest artystą a Horner rzemieślnikiem. Słyszałem takie zarzuty pod adresem jazzmanów że oni to tylko potrafia grac te swoje niezrozumiałe improwizacje. W programie Kuby Wojewódzkiego wystąpił kiedyś Kuba Sienkiewicz i Michał Urbaniak. Głupi Kuba miał dla nich taki prezent. Sienkiewicz miał cos zagrać a Urbaniak miał zrobic solówkę. Bez przygotowania bez prób. Jak ktos to słyszał to wie że to bzdura mówienie że jazzmani nie potrafią grać popu. Potrafią tylko nie chcą, tak jak nie chca grac eklektycznej muzyki ala XIX wiek, sprawdzającej się w filmach z H. A czy to klient decyduje co jest sztuką a co nie? Miom zdaniem istnieje coś takiego jak pewna wartość obiektywna. Klient decyduje co się sprzedaje, a nie co jest sztuką. Ze obrazy Renoira (późne) chodzą za miliony doców to nie znaczy że są sztuką (bo nie są - to straszny kicz i chłam, ale Japończykom to nie przeszkadza). że ścieżka z Titanica była i jest kiczem wiedzą wszyscy a sprzedała się w niezłym nakładzie.... Dobra koniec tych wypocin. A jakbym miał słuchac tylko filmowej to umarł bym z nudów. Polecam każde dobre rzemiosło. Od Elvisa po Red Hot Chili Peppers. A sztuki też sobie można czasem posłuchać. To rozwija. Od Monteverdiego po Davisa.

samuel:

dziękuje wszystkim za komentarze. to milo widziec, ze ktos czyta teksty tu publikowane, i ze owe teksty sklaniają do dyskusji. a co do waszych opinii - do łukasza: owszem, goldsmith moglby czyscic buty bachowi :-) a dlaczego 5 gwiazdek za nagi insynkt? bo oceniam tę muzykę jako muzyke filmową, jako czesc filmu. i z tej perspektywy jest to partytura ciekawa i znakomicie uzupełnaijąca się z obrazem. samodzielnie takze radzi sobie niezle, jednakze pod warunkiem, ze nie zapomnimy, ze to muzyka filmowa i nie zaczniemy sluchac jej jak np jakiejs symfonii Beethovena. Jak slusznie zauwazyl "Babuch" - muzyki klasycznej, tej pisanej dla siebie samej, nigdy dosyc sluchac i nigdy jej zgłębiać. wraca sie do niej jak do ulubionych ksiązek (to za b. pociejem). tymczasem muzyka filmowa moze byc ladna, ale nigdy prawdziwa i nigdy przejmująca. to po prostu nie lezy w jej istocie.

łukasz Remiś:

Widzę Samuelu, że mamy skrajnie odmienne poglądy, więc chyba nie ma sensu tej dyskusji kontynuować. To jakby smarować dżem musztardą - zupełnie bezcelowe. Ty nie przekonasz mnie, a ja Ciebie :-)

Piotr:

Samuel napisał mądry i rzeczowy tekst, i byłbym skłonny zacząć bić brawo gdyby nie jedna, acz podstawowa dla mnie kwestia, a mianowicie podejście do tematu. Podejście, które wydaje mi się trochę absurdalne. Samuel próbuje nam powiedzieć że klasyka to „jedynie słuszna” muzyka. Za jego zdaniem stoją przemądrzali krytycy, tomy opasłych ksiąg i cała teoria muzyki. Fakt, z tym nie można wygrać.. tyle tylko że my niczego nie chcemy udowadniać! Tu podzielam zdanie łukasza. Ja również często słucham klasyki (zdarza się że po 4 godzimy dziennie), ale podobnie jak w jego przypadku, klasyka nigdy nie dostarczyła mi tak mocnych przeżyć jak muzyka filmowa!!! Potężna argumentacja Samuela nie przemawia do mnie, ponieważ ja odbieram muzykę duchem, a nie rozumem. Oczywiście fascynuję się wieloma jej aspektami - rozwiązaniami aranżacyjnymi, harmonią, brzmieniem.. ale w muzykologiczny bełkot nie mam zamiaru się wdawać... A co to za argument że muzyka filmowa ograniczona jest przez obraz??? Dla mnie to żaden argument bo to, że muzyka podyktowana jest wydarzeniami na ekranie to raczej zaleta! Zawsze w muzyce szukałem wielkich uczuć i odnalazłem je właśnie w muzyce filmowej, bo to właśnie ona, jak żadna inna dostarcza ich tak wiele. W końcu trudno się dziwić, skoro ma za zadanie ilustrować prawdziwe uczucia!

Adam Krysiński:

Piotrek z łukaszem trafili w sedno według mnie. Mam takie samo zdanie jak oni. Jednak oczywiście licze się ze zdaniem innych i w tym przypadku dyskusja dalsza nie ma celu. A poza tym ten artykuł Samuela jest chyba za mądry i zbyt inteligentny jak na moje możliwości intelektualne ;P

Piotr:

Oj, Adamie... a Ty znowu swoje... Ze swej strony dodam jeszcze że ton wypowiedzi, oraz stosunek panów oponentów do muzyki filmowej, stawia pod znakiem zapytania wiarygodność pisanych przez nich recenzji. Mnie muzyka filmowa wcale nie nudzi, lubię się w nią zagłębiać, a przy sprzątaniu słucham zupełnie czegoś innego...

Adam Krysiński:

Chodziło mi Piotrek o łukasza Remisia, a nie Pana Babucha :) Teraz powinno być wszystko jasne ;-)

TWO:

Witam. Ten artykuł to chyba jakaś prowokacja ;) Mimo to pozwalam sobie na zamieszczenie kilku komentarzy. Pisałem muzykę autonomiczną, pisałem ilustracyjną. I szczerze powiedziawszy, napisanie dobrej ilustracji muzycznej jest trudniejsze. Ale też daje znacznie większą satysfakcję :) „...czy za 100 lat potencjalny słuchacz zainteresowany muzyką końca XX wieku sięgnie po muzykę filmową czy po Pendereckiego, Parta lub Sinopolliego? Czy za kilkadziesiąt lat ktoś będzie pamiętać muzykę, która nie powstała jako samodzielna wypowiedź ale dodatek? Nie.” Pamiętam jak dawno temu rozmawiałem na ten temat z K. Dębskim. Jego opinia była dość podobna - kładła nacisk na wtórność współczesnej muzyki ilustracyjnej. Pozwalam sobie nie zgodzić się z takim podejściem. Przede wszystkim trzeba postawić pytanie, co stanowi o wartości muzyki? To, że jest odbiciem epoki w jakiej powstała - jak twierdzi autor komentowanego tekstu? Co to właściwie znaczy? że uwidacznia stan ducha kompozytora – a może bardziej wrażliwość i gust słuchacza? Jeśli tak, to czy z tego punktu widzenia popularna dziś muzyka filmowa nie jest dobrym zapisem czasów w jakich przyszło nam żyć? Co z kolei owemu „słuchaczowi za 100 lat” powie o naszej epoce muzyka Pendereckiego? Muzyka, którą zna, rozumie i akceptuje kilka procent współczesnego społeczeństwa? Nie tędy droga. Nietrafione jest też poddawanie w wątpliwość faktu wpisywania się w powszechną świadomość muzyki, pierwotnie powstałej jako służebna wobec większej całości. A te pompatyczne „kilkadziesiąt lat”... A ile lat liczy sobie choćby motyw ze „SW”? I co można powiedzieć o jego popularności? To, że muzyka klasyczna jest odbiciem minionych epok zawdzięcza właśnie temu, że była wówczas słuchana. Sam fakt, że nowa myśl muzyczna zaistnieje w określonym czasie nie wystarcza, żeby stała się ona wizytówką epoki. „...ku zadowoleniu gawiedzi, bezmyślna eksploatacja systemu dur-moll idzie w najlepsze. Dlaczego? Bo taką muzykę najprościej zaakceptować. Melodyjnie, zgrabnie, zawsze tak samo. Pogrążamy się w monotonii, wmawiając sobie, że mamy do czynienia z wielką sztuką.” Będąc przeciwnikiem donikąd nie prowadzącego relatywizowania, pytanie: „co tak naprawdę przesądza o wartości muzyki” traktuję absolutnie poważnie. Awangardowość? Programowa niezgrabność? Brak melodii? Szokowanie oryginalnością? Dobra muzyka to taka, która jest czytelnym nośnikiem emocji, jest pozbawiona tak sztampy, jak i nachalnego eksperymentatorstwa, oraz przede wszystkim nie jest niechlujna. W systemie dur-mol powstały wielkie dzieła... i nic nie stoi na przeszkodzie, by powstawały nadal. Tak samo nie wystarczy proste odejście od tego systemu, aby przypisać sobie miano „prawdziwego kompozytora”. „Kompozytor filmowy, poza eksperymentatorskimi wyjątkami, nie jest więc artystą. To rzemieślnik, który nigdy nie wypowiada się w swoim imieniu” Kompletne pomylenie pojęć i systematyki. Po pierwsze: istotą artyzmu nie jest prezentacja osobistych doświadczeń bądź idei, a generalnie - kreatywność. Istotą zaś rzemiosła jest odtwarzalność i nierozłącznie towarzysząca jej wtórność. Kompozytor muzyki filmowej ma w zakresie kreatywności muzycznej pełną swobodę (ograniczenie doboru środków wyrazu pozostaje bez znaczenia). Po drugie: celem muzyki jest wzbudzanie emocji a nie filozoficzne peregrynacje, jak to często bywa w przypadku innych sztuk. Emocji, których gama jest dość ściśle zdefiniowana. Geniusz kompozytorski objawić się więc może wyłącznie w środkach, jakie posłużą wywołaniu tych dawno nazwanych emocji, a nie w kreowaniu nowych. Zatem konwencja muzyki ilustracyjnej nie ma tu nic do rzeczy. „Rozprawianie o muzyce filmowej ma sens tylko wtedy, jeśli nie zapomnimy, iż jest uwikłana jest ona w relacje z obrazem. Jeśli zaczniemy traktować ją samodzielnie, nakładamy na nią kategorie jej obce, a sami stajemy się śmieszni.” To już zupełny nonsens. Prawdziwym źródłem i podstawą do oceny muzyki ilustracyjnej jest nie tyle demonizowany przez Pana „obraz”, tylko tradycyjnie wrażliwość, talent i warsztat kompozytora. Muzyka ta w kwestii oddziaływania na emocje słuchaczy pozostaje równie autonomiczna, jak chociażby muzyka klasyczna. Czy też wg Pana smak urodzinowego tortu można oceniać tylko w urodziny? Na koniec motto: „Głupota nie zasługuje na tolerancję. Co najwyżej na cierpliwość”.

Rafalski:

Nareszcie ktoś mądrze wyłożył ten temat, i zanegował kilka bzdur kompletnych, które popełnił Samuel. oczywiście się zgadzam z TWO!

Piotr:

Hehe... Teraz już na pewno mogę bić brawo, i na tym chyba zakończymy tę dyskusję. Spieranie się ze słowami ostatniego wywodu, w moim odczuciu będzie już zakrawać na zwykłą głupotę i arogancję...

JeRzy:

Po pierwsze: Co znaczy określenie "muzyka sensu stricto"? Dlaczego muzyka dopasowana do obrazu ma być na starcie uznana za coś gorszego, niepełnowartościowego? Moim zdaniem, podważanie walorów muzyki filmowej jako gatunku, tylko dlatego, że proces jej powstawania jest ograniczony stroną wizualną, to dosyć dziwne i krzywdzące dla gatunku podejście. Po drugie: widzę w tym artykule pewne istotne sprzeczności. Skoro muzyka w oderwaniu od strony wizualnej ma być niepełnowartościowa, to powinieneś podobnie potraktować wszystkie kompozycje operowe, baletowe, etc. odtwarzane z płyt, w oderwaniu od widowiska, na którego potrzeby powstały. Czy taka jest Twoja intencja? Ponadto: czy uważasz, że natchnienie Mozarta wynikające z mecenatu i otaczającej go rzeczywistości, jest pod jakimś względem lepsze od natchnienia kompozytora, wzbudzonego czekiem i filmem do zilustrowania? Czy wykluczasz możliwość, że na potrzeby filmu i pod wpływem obrazu stanowiącego podstawę ścieżki dźwiękowej, może powstać dzieło natchnione? I dalej: w jednym miejscu piszesz, że sztuka powinna być zgodna z duchem czasu, a w drugim wysuwasz jako zarzut wzbogacenie orkiestry o syntezatory. Zarzucasz muzyce filmowej skostnienie, powołując się na Williamsa, Hornera, Goldsmitha. Sięgnij zatem po Revella, Coulais, Davisa, czy Serrę. Jeżeli nie odpowiada Ci muzyka filmowa o aranżacji podobnej do muzyki klasycznej, szukaj twórców bardziej współczesnych.

samuel:

matko, ja juz nie wiem, jak mam pewne oczywistości tłumaczyć! proszę, przeczytajcie ten txt uważnie! idzie o to, że jeśli popatrzymy na muzykę napisana do filmu jak na każdy inny utwór muzyczny, to nakładamy na nią pewne kategorie oceny i odbioru. jednak wtedy taka muzyka staje się po prostu żenująca, bo nie oferuje nic nowego, powiela schematy, jest pusta. z tej perpektywy muzyka filmowa musi byc gorsza! ale nie jest! dlaczego? bo oceniamy ją w kontekscie dzieła filmowego. i wetdy wszystko jest ok. oczywisice pod warunkiem, ze nie robimy porównań pt Goldsmith=Bizet etc. chodzi jedenie o to, jaka przyjąc perspektywę. czy to jasne?

Karol Irzykowski:

Muzyka filmowa nie jest upośledzona!

Zamieszanie, które wywołały dwa teksty Samuel Nowaka - recenzja płyty "Nagi instynkt" oraz artykuł "Dekonstrukcja mitów" bierze się z prostego powodu. Oto autor staje przed nami i oświadcza, że muzyka, której słuchamy jest niejako upośledzona, a nasze gusta kierują się ku muzycznemu kiczowi. Sądzę, że Samuel Nowak bardzo przesadził, a może nawet obraził niektórych miłośników muzyki filmowej. Teraz czas na dekonstrukcję jego poglądów.

Samuel pisze, że muzyka filmowa to "klisze", "nieprzyzwoita banalność", "schematyzm". Muzyce filmowej przeciwstawia muzykę klasyczną oraz wymachuje na prawo i lewo nazwiskami: Bach, Beethoven, Rachmaninow, Mozart. Bardzo często pojawia się także Mahler, więc mam wrażenie, że autor próbuje nam wmusić i jego muzykę. Muszę więc zaprotestować: nie słucham klasyki, zbyt bardzo zżyłem się z muzyka filmową. Czy to znaczy, że mój gust jest gorszy?

Zacznijmy od początku. Jeśli chodzi o moją osobę, to muzyki filmowej słucham odkąd skończyłem 10 lat, kiedy to na urodziny dostałem kasetę z soundtrackiem z "Parku jurajskiego". Zakochałem się w tym albumie bez pamięci (któż z nas nie nuci czasem przepięknych motywów z tego filmu?) i tak zaczęła się moja pasja. Do dziś zbieram muzykę filmową i chociaż mam 22 lata, wciąż znajduję w niej mnóstwo swoistego liryzmu i emocji. O słuchaczach takich jak ja Samuel napisał, iż są infantylni. Ale dlaczego? Tego już nie sprecyzował. Oczywiście najłatwiej jest rzucać efektownymi hasłami, obrażać czytelników i zasłaniać się przy tym wielkimi kompozytorami jak np. van Beethoven. Ale czy fakt, że przedkładam Hornera nad twórcę "Ody do radości" określa wartość mojej postawy względem sztuki? A gdzie tak ważne prawo do subiektywnej oceny? Może muzyka Danny Elfmana przemawia do mnie językiem mi bliższym niż kompozycje sprzed 200 lat? Czy znaczy to, że jestem niedojrzałym odbiorcą sztuki, a taki wniosek wybrzmiewa z artykułu Samuela?

Piszę ten tekst dlatego, że nie mogę zgodzić na systematyczne podkopywanie wartości muzyki, która znaczy dla mnie wiele. Samuel Nowak udowadnia, że muzyka filmowa nie jest sztuką. Pytanie jest tylko jedno: po co to robi? Autor "Dekonstrukcji mitów" pisze, że sztuka musi być zgodna "z duchem czasów" (kolejny elegancki, acz pusty frazes). Uważam, że wielu z nas bliższa jest muzyka Hansa Zimmera niż kompozytorów zeszłego wieku. Kto w końcu ma lepiej rozumieć współczesną estetykę - nieżyjący od 200 lat twórca czy współczesny kompozytor? I tak Samuel wpada już nie tylko w słowotok ale i logiczną sprzeczność.

Jest jeszcze jedna, ważna kwestia. Samuel Nowak pisze, że muzyka filmowa nie pobudza do myślenia, nie wywiera emocji. I bardzo się myli - nie znam chyba żadnej osoby, która nie uroniłaby łzy w finale "Edwarda norzycorękiego", w którym wybrzmiewają anielskie chóry Danny Elfmana. Samuel próbuje postawić się ponad nami, "gorszymi słuchaczami gorszej muzyki" i wmówić, że słuchamy byle czego. Niech więc lepiej sam posłucha siebie. Sądzę, że to nie tylko moja opinia. Ja naprawdę wolę Hornera niż jakiegoś Rachmaninowa.

Babuch:

Wydaje mi się że walczymy z wiatrakami (prawda Samuel...). Ostatni komentarz mnie po prostu rozwalił. Cos takiego pisze osoba podszywająca się pod naszego wielkiego krytyka literatury i filmu. żenada. Zrozumcie że nie chodzi o to, że dyskryminujemy ludzi słuchajacych muzykę do filmów. Chodzi o to że trzeba do wszystkiego podchodzić z krytycznie. A to czy człowiek roni łzę przy chórach Elfmana jest do jasnej ciasnej indywidualne. Znam osoby które płaczą jak śpiewają zespoły dico polo na wiejskiej dyskotece. CZy to daje nam więc prawo porównywania tych "artystów z wsiurskiej remizy" z wielkimi jazzmanami czy tuzami rocka? Podkreślę jeszce raz, że kwestia podobania nie ma tu nic do rzeczy. że kolega woli Elfmana od Rachmaninowa to jego sprawa. Ja tez wolę kiczowaty landszaft (który namalowała specjalnie dla mnie moja znajoma) od jakiegoś tam Kandinskiego. Moje prawo. Nie znaczy to jednak że cenie wyżej talent mojej znajomej od sztuki i talentu Wasila Kandinskiego. Gust nie ma tu nic do rzeczy. Moge lubić jakąś tam piosenkę disco polo bo dobrze mi się kojarzy. Taka jest natura człowieka. Chodzi o to aby spojrzec na muzykę (każdą sztukę niejako z góry). A w wypadku muzyki filmowej nie można pominąć kwestii jej SłUżEBNOŚCI WOBEC OBRAZU. Zasmuciło mnie zdanie pana Piotra który zaczął podwarzać naszą wiedzę i kompentencje jako krytyków recenzentów. CZy krytyk musi być ortodoksyjnym fanatykiem? Chyba dobrze jeśli patrzy chłodnym okiem na omawianą przez siebie materię. A jeśli pan Piotr ma jakieś obiekcje co do recenzji zaprszam do wnikliwej lektury tych napisanych zarówno przeze mnie jak i przez Samuela. W sprawie ciekawego choć nie pozbawionego błedów logicznych komentarza kolegi TWO. Wydaje się że jednak pan Krzesimir Dębski miał rację (tak jak Samuel, który chyba wyjaśnił swym komentarzem ta kwestie). Ale zmierzam do czegoś innego. [Co z kolei owemu „słuchaczowi za 100 lat” powie o naszej epoce muzyka Pendereckiego? Muzyka, którą zna, rozumie i akceptuje kilka procent współczesnego społeczeństwa?] Taka muzyka powie bardzo dużo, ale nie przeciętnemu słuchaczowi, ale wykształconemu maniakowi muzyki, powie bardzo dużo o sztuce i problemach jakim się przeciwstawiali artyści. Przeciętny słuchacz nie sięgnie po muzykę XX iXXI wieku (tak jak dzisiaj przeciętni słuchacze nie sięgaja po klasyczny rock czy swing) Mają techno i hip hop. Nawet zaś jak ktoś chce sobie posłuchać muzyki z minionej epoki to wybierze przecież The Baetles a nie polską podróbkę taki zespół żuki. Logiczne nie.??> Tak samo bedzie za sto lat. Jak ktoś będzie się chciał dowiedzieć o naszej epoce (to czego ludzie słuchali jako muzyki popularnej) to wybierze coś reprezenatytwnego. Hip hop, Grunge, Metal, Techno, Muzykę eksperymentalną, zależnie od kwestii jaką by chciał poznać. Neoromantycznej muzyki filmowej na pewno nie będzie na tej liście. Ona nie jest reprezentacyjna dla naszej epoki, a poza tym bez obrazu traci swój wyraz. Jak ktoś będzie chciał posłuchać utworów romantycznych wybierze Czajkowskiego choćby. Komentarz ten napisałem nie po to żeby kogoś obrażać bo nie w tym rzecz. Mysle że chodzi o wypędzenie fanatyzmu i ortodoksji z naszych szeregów i poszerzenie horyzontów. Jeśli będziemy zamknięci w wieży z kości słoniowej niczego nie zdziałamy. A co do ostatniego zdania z komentarza kolegi TWO, jak komuś siadają argumenty wtedy odwołuje sie do inwektyw. Dbajmy o poziom.

olimpijczyk (mat II st, inf I st):

ech niektorym chyba brakuje akceptacji spolecznej ;) heh a co nas obchodzi co beda badac ludzie za 100 lat . oczywiscie pink floydow bo nikt za 100 lat nie bedzie sluchal goldsmitha...heh nic tylko obstawiac na zakladach z takimi informacjami :) co do elitarnosci muzy ktora sluchasz to nie zapominaj ze ja sluchasz wiec jak juz ktos zauwazyl jestes zwyklym konsumentem a kazdemu smakuje co innego a skad wiesz ze ty akurat jesz najsmaczniejsze kaski? sluchaj co ci sie podoba ale nie obrazaj innych mowiac im ze sluchaja kiczu podczas gdy TY sluchasz jedynej slusznej muzy ;) Twoja sprawa ze nie szanujesz muzyki filmowej tak sie sklada ze swiadomy sluchacz tej muzyki potrafi tez docenic jej piekno (oczywiscie innych gatunkow rowniez, nie asma filmowa czlowiek zyje) a juz jeden taki walczyl z wiatrakami heh sek w tym ze nam walka o swoje gusta niepotrzebna ;) heh dlaczego niektorzy staraja sie zawsze uszczesilwic i naprowadzic na wlasciwa droge "maluczkich" heh wierz mi niepotrzebujemy tego :)

olimpijczyk (mat II st, inf I st)::

acha i dziek Smartowi za wspomnienie o Legendzie - przypomnial mi sie film i sciezke juz mam . bardzo mi sie podoba szczegonie muuza ze sceny z jednorozcami (My True Loves Eyes,The Unicorns) i tanca (The Dress Waltz). acha chyba musze od razu dodac ze nei jestem fanatykiem Goldsmitha bo znowu ktos wytknie ze kiczu slucham ale dlatego go slucham bo jestem nieswiadomy i jazzu nigdy w porzadnym klubie nie slyszalem nie mowiac nawet o operze ktora jest mi z pewnoscia obca ;) ech ludzie ludzie :)

olimpijczyk (mat II st, inf I st):

no juz nie chce spamowac wiec dodam tylko ze uronilem lze na koncowce edwarda nozycorekiego (ech the grand finale) wiec juz nie rokuje zadnych nadzieji, zostaje mi tylko techno i wiejsckie potancowki, no coz ale wierze w to ze jeszcze ktos mnie nawroci na wlasciwa i jedyna sluszna droge :)

BABUCH:

Wierz mi kolego oilmpijczyku potrafie docenić piękno muzyki filmowej. Ale mam do tego piękna dystans. Dlatego że nawet jeśli coś mi się wydaje piekne nie musi takie być obiektywnie. Przeświadczenie a sąd to dwie rózne rzeczy (KANT). Ale to moja sprawa. Na tym, definitywnie kończę dyskusję. Nie zamierzam nikogo do swoich racji więcej przekonywać. Za trzydzieści, 40 lat jak dożyjemy wyjdzie na jaw kto miał rację. Może to ja się myle. Chciałbym. Wtedy przynajmniej taka przegrana w dyskutancwie na portalu miałaby jakiś sens... A co do akceptacji społecznej. Nie potrzebuje jej. Soundtracków słucham bo lubie czasem sobie potupać nóżką i mieć własny muzyczny temat. To tyle. Więcej już się nie będe w takie dyskusję wdawał bo szkoda czasu (przede wszystkim waszego na czytanie moich wypocin o sztuce). A poza tym po co kogo przekonywać do jakichś tam racji. Ważne że wszyscy słyuchamy soundtracków. Prawda???

karcharoth:

I w swoim ostatnim zdaniu pan Babuch ujął sedno sprawy. Myślę, że na tym zakończy się ta dyskusja, bo jej kontynuowanie nie ma najmniejszego sensu :)

JeRzy:

Ja tylko jedno chcę dodać. Mam w kolekcji kilkaset soundtracków i wcale nie jest tak, że oglądałem wszystkie filmy, do których zostały one skomponowane. W niektórych przypadkach nawet częściowo lub całkiem nie mam pojęcia o fabule. Wcale nie przeszkadza mi to w odbiorze muzyki i w żadnym razie nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że jest ona upośledzona. Monumentalne "Bless the Child" Christophera Younga, "Himalaya" Bruno Coulais, "The Ghost and the Darkness" Jerryego Goldsmitha i wiele innych soundtracków radzi sobie doskonale bez obrazu i nic na tym nie traci, a niektóre być może nawet zyskują, gdyż historia zna takie przypadki, że muzyka była bez porównania lepsza od filmu.

Batek:

Te jakże "prymitywne argumenty skoro jesteście tacy mądrzy to skomponujcie muzykę taką jak Gregson-Williams" miały na celu tylko zauważenie jednej rzeczy. Gdyby Tomasz Stańko powiedział "potrafię napisać muzykę do filmu rozpisaną na 100 osobową orkiestrę" wtedy mu uwierzę, bo jest to człowiek, który całe życie zajmuje się pisaniem muzyki. Gdyby Tomasz Stańko nazwał kompozytorów hollywoodzkich wyrobnikami, wtedy nie mógłbym tego zignorować, bo Stańsko ma w tej materii jako muzyk więcej doświadczenia praktycznego niż ja. Nie wątpie, że Pan Babuch ma szeroką wiedzę na temat muzyki i może przytoczyć milion powodów, dla których nazywa kompozytorów muzyki filmowej wyrobnikami. Niestety znajomość literatury oraz osłuchanie nie dają pełnego obrazu sprawy. Nie można całkowicie zrozumieć muzyki nie komponując jej. Przecież to oczywiste. W idealnym świecie krytykami powinni być inni artyści, tylko kto by wtedy pisał muzykę, książki, malował obrazy itd. Mógłbym nazwać obojętnie Urbaniaka czy Morriconego wyrobnikami, tylko wtedy kiedy nagrałbym płytę jazzową oraz napisał partyturę na orkiestrę. Inaczej jest to po prostu zarozumialstwo. Nawet jeśli pojęcie "wyrobnik" wywodzi się z pewnej definicji sztuki.

Przemysław Kałwa:

Muszę przyznać,iż przeczytałem artykuł bardzo uważnie - zwróciłem też i uwagę na wypowiedzi pozostałych czytelników.Z przyjemnościa stwierdzam,że mają oni wiecej racji niż pan Nowak.Drogi Samuelu jakież to mity zdekonstruowałeś - i to na Boga - nie mając bladego pojęcia o podstawach muzykologi czy kulturoznawczego aspektu muzyki jako takiej, już nie mówiąc o dość prostych zasadach współczesnego marketingu?Chciałbym tu podkreślić - ponieważ dyskusja odbiegła bardziej w kierunku sztuki,że w jednym ze swych podstawaowych założen sztuka jest sprzedajna - chyba nikt nie obrazi sie jeśli stwierdzimy,że X muz to w rzeczywistości dziwki.Ale czy fakt tego,iż Tycjan stworzył kilkaset obrazów, z czego większość na zamówienia czyni z niego tylko i wyłacznie sprawnego rzemiślnika? Niestety panie Nowak bład leży w pańskiem myśleniu - już u samych podstaw tekstu - otóż wynika z niego jasno,iż założył pan sobie , iż niejako u podstaw MYZUKI jako takiej spoczywa nasza klasyka - z europejskiego kręgu cywilizacyjnego - cóz więc zrobić z takimi fantami jak muzyka irlandzkiego folkloru,japońskiego formalizmu,czy nawet plemienne rytmy ludów Ugandy?Czyż to możliwe,iż u podstaw tej muzyki również leży Beethoven?Idąc dalej tym tropem panie Nowak co zrobić z kompozytorami których muzyka filmowa wyrasta właśnie spoza naszej cywilizacji?Dla wyjaśnienia , bo oczywiscie zraz odezwie sie pan Babuch lub pan we własnej osobie drogi panie Nowak - w założeniu muzyka ma dwa podziały - na język muzyki i forme muzyki - forma to orkiestracja czyli sposób w jaki muzyke tworzy sie od strony technicznej - tu nie uległa ona w swym aspekcie żadnym zmianom od wieków - kompozytorzy korzystają cały czas z pomocy różnorakich muzyków -słowem orkiestra w każdej cywilizacji może być odpowiednio wzbogacona o jakies kulturowe dodatki - jednak w fundamenatach pozostaje uniwersalna.Natomiast tutaj ja mówię o języku muzyki.A jak wiadomo ten zmienia się wraz z przekraczaniem stref czasowych.I tu również konkluzja niektórych wypowiedzi : dlaczego średni człowiek nie rozummie muzyki klasycznej - z bardzo prostego powodu - jej język jest już dla współczesnego człowieka martwy - i tu mógłby powstać przeciw argument,iż sztuka jest dla wybranyc - nic bardziej śmiesznego.Przynajmniej nie w tym pojęciu które my rozumiemy - sztuka jako taka zawsze spełniała warunki - podłegała regułom epok z których wyrastała - i tu tak demonizowana przez pana Nowaka służebność muzyki filmowej niestety znajduje odzwierciedlenie w służebności generalnej artyzmu.Oczywiście ja też nawet nie próbuję podnosić ręki na sztukę.Bo o jej decyfracji świadczy wrazliwość widza słuchacza itd. Oczywiście pański argument ogólnie o służebności scorów został już zbity w sposób prosty acz definitywny dwoma argumetami - pierwszy z nich to naturalnie fakt tego,iż ścieżki dźwiekowe doskonale radzą sobie bez kontekstu filmowego.Te naprawdę dobre rzecz jasna.Drugi argument pozwolę sobie poszerzyć o konteksty kulturoznawcze i z zakresu historii sztuki.Obraz jest zły w założeniu pana Nowaka ponieważ przez niego biedni zagubieni kompozytorzy w dobie XX i XXI wieku chcą sobie nabić kabzę pisząc niejako hurtowo partytury - czyli pan Nowak w ogóle nie rozumie pojęcia rozyrywki - i tu pytanie czy klasyka nie była pisana tez jako muzyka rozrywkowa? Rzecz jasna również na zamówienie - i co wiecej każda jedna partytura była skomponowana do obrazu? I nie , nie mówie tu o oczywistym fakcie istnienia baletów czy oper - ja tu mówie o tym,iż inspiracją dla kompozytorów było życie czy wyobraźnia jako takie - a przepraszam bardzo czym te dwa pojęcia w codzienności są jeśli nie zbiorem obrazów? Ale żeby argument poprzeć mocniej skierujmy swą uwagę na historię sztuki - otoz jak zaprzeczyć wyznaniom Debussyego , iż inspiracją do jego partytur były impresjonistyczne obrazy współczesnych mu malarzy?A z koleii Czajkowski czerpał wenę z sielskich scenek zabaw dzieci jego krewnych...Jako to się ma do pańskiego artykułu i niewiedzy panie Nowak? Podążając dalej za tą myślą - dlaczegóż to wspomniani artyści - przecież współcześnie za takich ich mamy - nie korzystali z inspiracjii czerpanych powiedzmy z baroku, czy średniowiecza? Chyba muszę podpowiedzieć bo znów powstaną jakieś ogłupiające farmazony - otóż już wtedy język sztuki poprzednich wieków był martwy - niestety taka jest zasada na co dzień iż wraz z przejściem kanonów piękna z jednej epoki w drugą poprzednie odstawiane są na bok jako te skostniałe.Co z drugiej strony nie przeszkadza kulturoznawcom grzebać w tych skamielinach.I tu przypominam,że forma muzyki wciąż zostaje ta sama - Debussy nadal będzie korzystał z sekcji detej tak jak i smyczkowej - podobnie jak współcześni nam kompozytorzy. Teraz pozwolę sobie przejść to tych prostych i trywialnych argumentów które pan Nowak tak namiętnie wyśmiał.Padło stwierdzenie : jak jesteś tak mądry to napisz sam taką muzykę - i tu raczej panie Nowak nie polecam tego dość niewdzięcznego zajęcia ale proponuję skupić się tym razem na zasadach działania marketingowych trybików.Otóż w USA istenieje kilkaset szkół szykujacych swych absolwentów do roli kompozytorów muzyki filmowej, jej producentów ,dyrygentów itd itd. I teraz co zrobić z tym fantem - rokrocznie tysiące panów X opuszca takie szkoły i teraz pytanie gdzie oni są?Gdzie?że pan śmiesznie stwierdzi,iż nie było układów czy dobrych pomysłów?Hehe i tu kłania się brak znajomości pewnych realiów - otóz nie wszyscy dobrze znamy pojęcie amerykańskiego snu - tam sprzeda się wszystko zarówno śweitne pomysły jaki i te kiepskie - czego dowody właśnie możemy zobaczyć/usłyszeć w kinie. Dlatego bardzo proszę nie umniejszać tak zasług tych kompozytorów którzy piszą dla filmu - bo czyż rocznie pojawia się w świecie filmóki choć 10 nowych nazwisk?Nie. Cóż sztuka jest taka jak życie z którego wyrasta - i choć nie ma róznicy w cenie miedzy płytą Zimmera czy tam kogoś a Beethovena to jednak wiemy,iż pewne pojęcia z zakresu muzyki instrumentalnie stały się jaśniejsze i bardziej swojskie dla zwykłego człowieka własnie dzięki muzyce filmowej - tego też nie należy tak sprowadzać do parteru. Sądzę,że zaprezentowałem tu prawdziwy dystans do tematu - ten z którym obnosi się pan Babuch czy pan Nowak jest niczym innym jak hipokryzją - brak panom niestety dystansu kolejno : do jazzu i klasyki.Jako,że panu Nowaki pozwoliłem sobie zrobić wykład i podjąc wyzwanie to chciałbym jeszcze rzec parę słów w stronę pana.Otóż Komeda,którego dość niefortunnie nazwisko pan wybrał jest iczym innym jak tylko świetną kalką prawdziwego jazzu.Proszę powstrzymać swe oburzenie i zdać sobie sprawę, iż ten człowiek nie wyrósł własnie z tych korzeni - on nie ma ich we krwi - przeto jest tylko dobrym rzemieślnikiem ,którego bardzo osobiście szanuję.Oczywiście takie postrzeganie trzeba by przyjąć przykładając miarkę pana lub pana Nowaka. Moja jest inna - nie znaczy , że gorsza - nad sztuką przeprowadza się wiele dyskusji a zapomina o dwóch rzeczach - i tu skupię się tylko na muzyce ponieważ jak dodkonale zauważył pan TWO tylko ona nie przekazuje żadnej filozofii.Bowiem u jej podstaw leżą emocje - czyż zarówno Fur Elise jak i Across the Stars nie stara się mówić o miłości - i proszę mi odpowiedzieć która z tych melodii jest bardziej masową - tą dla gawiedzi ? Temat z dostepnych w kinach i na dvd Star Wars czy też melodyjak którą słyszymy z każdym telefonem komórkowym czy stacjonarnym , nie mówiac już o pozytywkach czy kartkach okolicznościowych z melodyjką? Widzą panowie zatem chyba,iż to nie dostepność czy "masowość" jakiegoś zjawiska decyduje o tym , iż staje się ono -no tak trzeba użyć tego pojęcia - częscią popkultury...Co więc?O tym co postrzegamy jako sztuke w muzyce decydują emocje jakie ona wzbudza.Bo wiadome jest jak to powiedział znany krytyk,iż gdyby na Alpha centauri istaniało życie to mogliby tam nie rozumieć Tołstoja czy Vermera ale Beethovena owszem tak.Bo za każdą inteligencją czają się emocje.Chciąłbym jeszcze dodać - żeby nie zabrzmiało to broń Boże jak inwektywa w kierunku pana panie Babuch ale jak ktoś idzie z wysoko podniesioną głową to potkinie się o niski próg - proszę zauważycz sprzeczności we własnych wypowiedziach - z jednej strony przyją pan tu nieformalnie pozycje obrońcy sztuki - i świetnie - ale za chwielę odżegnuje sie pan od pojęcia sztuki w przypadku genitalió na krzyżu. A pragnę przypomnieć,że mimo kontrowersji, praca ta została powszechnie uznana za krytyków - podobnie jak za przeproszeniem kupa gówna owinięta drutem na jednej z Berlińskich wystaw. Gdzież więc stałość poglądów - dzili pan sztukę na tą która jest wg pana cacy i na tą która jest be. Albo operujemy pojęciem sztuki uznanej albo bawimy się w domorosłego krytyka.Co do tekstu pana Nowaka to chciałbym ponownie zapytać jakież to mity pan zdekonstruował? Zbłaźnił się pan ot co. Pomijając niewiedzę i brak znajomości pewnych faktów zapomnaił pan o kamieniu węgielnym sztuki - ona w swych najczystszych założeniach nie ma dzielić ,a łączyć.I w tych kategoriach mogę Williamsa,czy 30 innych kompozytorów uznać równymi Bizetowi.Naturalnie pojawia się tu współczesny kontekst sztuki jako tej która ma wstrząsać i zmuszać do dyskusji - cóż sądzę więc ,że i tu Ci marni kompozytorzy filmówki sprawdzili się.Podyskutowaliśmy.

samuel:

John Williams forever. Amen.

highduke:

samuelu... zacznę od końca: motyw edelmana z macgyvera jest świetny i ludziom w moim wieku kojarzy się bardzo przyjemnie z latami 80. (to tak a propos Twojego zapytania czy muzyka filmowa ma związek z czasem w którym powstaje :) ) ale do rzeczy: napisałeś bardzo dobry, rzeczowy tekst - znasz się na tym i kropka. ale są ludzie, którzy kochają filmową jak Ty klasyczną i owszem (o czym już wspomniałem) potrafią związać tę muzykę z epoką (choć muzyka filmowa ma krótką historię). zdziwiłbyś się jak dużo o czasie w którym powstają, mówią poszczególne soundtracki. dalej: john williams - i jest to powszechna wśród znawców opinia - jest muzykiem klasy bacha, mozarta, beethovena czy czajkowskiego; niestety nie mówi się o tym głośno, bo jest kompozytorem filmowym, nie poważnym - jest to swojego rodzaju dyskryminacja. dalej: znasz chymny olimpijskie williamsa czy poledourisa? czyżnie sąwyśmienite? a nie jest to muzyka filmowa. dalej: morricone tworzy również utwory powazne, operowe - i on jest genialny. osmielę się stwierdzić, że dziś najwybitniejsi kompozytorzy, to kompozytorzy muzyki filmowej. jeszcze jedno: czyż wagner nie tworzył muzyki ilustracyjnej? i czy - gdyby zył dziś - nie robiłby muzyki do filmów? robiłby z pewnością. na koniec: muzyka którą uważasz za oryginalną też nie wzięła się z nikąd (ars antiqua -> ars nova). w starożytności muzyka powstawała właśnie jako oprawa do dramatów scenicznych. tyle :)

highduke:

(*hymny) jeszcze jedno: elektroniczna muzyka filmowa, o której zapomniałem wczesniej, a o której Ty wspomniałeś, to sprawa całkiem nowa i świeża i w tym przypadku nie możemy wesprzeć się kompozytoramy XIX wiecznymi. tu Mistrzem jest vangelis, po nim j.m. jarre - a z młodszych - zimmer.

Babuch:

No cóz... Nie chciałem juz pisać, ale chyba muszę odeprzeć zarzuty pana Przemka. Gdyby podał maila wysłałbym mu prywatną odpowiedź, tak jednak znów trzeba na forum. Trzeba przyznać że swoim komentarzem wprowadzapan kilka ciekawych uwag, choc w moim przekonaniu nie zawsze słusznych. Zanim zacznę się bronic powiem tylko jedno. Nie jestem muzykologiem więc moje komentzre nie mają właściwie racji bytu na tym portalu. Nie są bowiem fachowe a bardziej kierują sie przeświadczeniem. Jednak w przypadku sztuki czuję się bardziej wiarygodny, dlatego zabierałem głos sprowadzając dyskusję na pole na którym czuję sie lepiej. 1) Pan Przemek mitologizuje kwestię marketingowe sztuki. Nie zaprzeczam że sztuka (od architektury po muzykę) zawsze związana była z jakimś mecenatem. Ale proszę wziąć również pod uwagę fakt że najlepsze dzieła powstawały gdy artysta tworzył z porzeby sztuki a nie na zamówienie- wspomniany Tycjan (który nie jest żadnym rzemieślnikiem tylko geniuszem szkoły weneckiej) najwspanalsze swoje dzieł stworzył pod koniec życia, kiedy to nie pracował dla nikogo, tworzył bo chciał. A Van Gogh, Gauguin? Ich zasłużona sława przyszła po śmierci. "Artysta musi być wolny inaczej nie jest artysta" tak pisał Gauguin. Jak to odnieść do muzyki filmowej? Kwestie sprzedajności sztuki to efekt buntu dokonanego przez dadaistów i Marcela Duchampa (i jego antysztukę). Nie chce mi sie o tym pisać odsyłam do literatury (P.Piotrowski, K.Janicka). 2) Zgadzam się w pełni że sztuka (wielka sztuka) to nie tylko klasyka. Może nią być hymn murzyńskiego plemienia, japoński minimalizm itp. W sztukach wizualnych z kolei rzeźba oceanii, grafiki japońskie, sztuka Majów i Inków. Jakie jest zatem kryterium. Sądzę że oryginalność na gruncie danej tradycji. Daletgo rzeźby afrykańskie wykonane 300 lat temu maja miejsce w muzeach, a te które sprzedają murzyni we Florencji warte są kilka euro. Kryterium oryginalności jest tu moim zdaniem decydujące. Pewien wielki historyk sztuki (E.H. Gombrich) napisał kiedyś że gdyby Rembrandt urodziłby się 100 lat poźniej nie byłby żadnym wielkim artysta tylko kolejnym naśladowcą. Coś w tym chyba jest. 3) Muzyka filmowa jest służebna. Nia każda całkowicie ale w większości. Dzieła takiego Hornera powstaja do kiczowych filmów i są właśnie taką kiczową oprawą muzyczną (bo chyba film Titanic nie jest opowieścią o prawdziwych uczuciach...) Poza tym muzyka hollywodzka (o czym mówił Z . Presiner) to rodzaj przeilustrowania. Tam nie ma miejsca na ciszę i z tego wychodzi papka. Naiwna i służebna. Na muzykę nikt nie zwraca w filmie uwagi (jak mówi Williams- Tak pisać by nie było jej słychać.) Bo taka jest jej funkcja. Służyć filmowi. A co do baletów i oper. Przecież to choreografia baletu powstawała do muzyki!!!! a nie odwrotnie. Punktem wyjścia była muzyka a nie obraz. No i jeszce jedno. Panie przemysławie wydaje mi się że istnieje duża różnica miedzy INSPIRACJą A ILUSTRACJą. Debussy inspirował się impresjonizmem, ale nie był zoobligowany obrazem tak jak kompozytor filmowy. Nie miał np napisać 20 minut dramatycznego podkładu, albo trzy sekundy muzyki suspens. Obraz i wskazówki reżysera są ograniczeniem. A w przypadku hollywood wręcz kajdanami. 4) Ja zawsze byłem zwolennikiem poglądu ,że dobre dzieło filmowe to takie które brzmi genialnie w filmie i równie genialnie poza nim. Niestety takich ścieżek jest mało. Może Władca Pierścieni? Albo Star Warsy (gdzie poza głownymi motywami reszta jest przedmiotem zachwytu osób bezgranicznie zakochanych w filmie... albo w Johnie... czy Howardzie). Nistety ogromna ilość płyt recenzowanych na portalu to typowe rzemiosło hollywodzkie i tego poglądu nie zamierzam zmieniać. 5) Nazywanie mnie hipokrytą to chyba także przesada. Staram się traktować wszystko w miarę obiektywnie. Owszem czasem to nie wychodzi (przykład takiego Titanika). Generalnie jednak pragnę zauważyć że nie jestem zwolennikiem prostego podziału muzyka klasyczna (cała) ochh, inna muzyka bleee. I tu i tu są kawałki dobre i złe jak wszędzie. 6) CO do koronnego argumentu. Owszem Dla Elizy i Across the Stars mówia o miłości. Co więcej mówią o tej miłości tak samo z podobną intensywnością, podobnym językiem. Co zatem je różni???? 100 lat ewolucji jaką przeszła muzyka. Bo chyba pan nie zaprzeczy że przez te lata ta dziedzina sztuki stała w miejscu. Oba kawąłki są zatem wspaniałe. Z tym że Beethoven jest genialny, a Williams jedynie dobry 7) Co do Alpha Centauri musimy załozyc że owi kosmici mieliby podobny system nerwowy (i słyszeliby podobne częstotliwości jak my) inaczej cała teoria bierze w łeb. A skoro musimy założyć, że byliby podobni do nas to po co szukać tak daleko. Wystarczy spojrzeć na Japonczyków. Jeszce sto lat temu nie potrafili i nie rozumieli europejskiej muzyki poważnej. Ba gardzili nią. Dziś...Grają najlepiej Chopina. Jaki z tego wniosek. Wszystko można zrozumieć. I dopiero gdy się zrozumie można to docenić. Jak ktoś zrozumie Chopina to będzie wiedział że Chopin był oryginalny a taki Horner nie. 8) I ostatnie. A propos sztuki. Nie obrażam się wcale na te inwektywy. Pan Przemysław po prostu nie zrozumiał tezy. Genitalia na krzyzu Nieznalskiej są pracą słabą bo są nieoryginalne. Autorka garściami czerpie z dokonań polskiej sztuki krytycznej i akcjonistów wiedeńskich. Dlatego jest pracą słabą która udaje wielką sztukę w istocie będąc sztuką małą. I to chiałem powiedzieć. A co do krytyków wszak nie zawsze mają rację (zresztą nie wszyscy znani krytycy wypowiadali sie o tej pracy pozytywnie). Mam nadzieje że to koniec. Jak ktoś bedzie chiał podyskutowac zapraszam do wysyłania prywatnych wiadomości. Pozdrawiam wszystkich. Pana Przemysława także.

Marcin Wojtanowski:

Samuelu! Nie martw się, nie napisałem tego artykułu po to, aby udowadniać ci czy masz racje czy nie. Nie napisałem go również mając na celu jakiś dydaktyzm czy moralizatorskie pouczenia. Z opiniami, które zawarłeś w artykule zgadzam się, ale połowicznie, ponieważ nie uwzględniłeś wielu ważnych aspektów dotyczących muzyki filmowej. Na początku chciałbym odwołać się do samej definicji sztuki podawanej przez słownik języka polskiego. A więc „sztuka” jest to dziedzina ludzkiej działalności artystycznej, wyróżniana ze względu na związane z nią wartości estetyczne (zwłaszcza piękno); jej wytwory stanowią trwały dorobek kultury»; Biorąc pod uwagę treść definicji możemy teraz łatwo stwierdzić czy muzyka filmowa jest tą sztuką czy nią nie jest, czy kompozytorzy movemusic zasługują na miano przysłowiowego artysty czy też są jedynie rzemieślnikami, którzy powielają dzieła najsłynniejszych twórców. Muzyka filmowa tylko częściowo spełnia podstawowe założenia słownikowej definicji. Owszem jest to gatunek, w którym wiele wagi przywiązuje się do piękna i uczuć. Zadaniem kompozytora jest bowiem wyrażenie emocji związanych z obrazem i wydarzeniami. Ale czy filmowe prace stanowią trwały dorobek kultury, czy za 100 lub 200 lat (jeśli świat będzie jeszcze istniał) nazwisko Williams lub Horner będzie w ogóle rozpoznawane w muzycznym świecie? Wydaje mi się, że nie i myślę, że po śmierci tych i innych znanych kompozytorów filmowych ich nazwiska zniknął wraz z nakładem płyt z ich muzyką oraz z filmami, które nie będą już nadawane w TV. Oczywiście moje słowa dla wielu mogą wydawać się absurdem. Przecież tak uwielbiam i ubóstwiam Hornera, ile pieniędzy wydałem na jego muzykę! Jednak doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, iż ¾ partytur stworzonych na potrzebę filmu można spokojnie podrzeć i wyrzucić do kosza. Owszem są wyjątki tak jak podkreślił Samuel czyli motywy, które dzięki dobrej reklamie filmu wpadły w ucho niejednej osobie ale zapewne nikt nie usłyszałby żadnego z nich gdyby nie projekcja filmu. Niestety muzyka filmowa jest ściśle związana z obrazem. Chcąc nie chcąc Kompozytor jest ograniczony przez czas oraz dyrektywy jakie otrzymuje on od reżysera. Twórca movemusic staje się więc marionetką, którą niejednokrotnie pociąga się za sznurki jak w teatrzyku. Jednak nie zgodzę się nigdy z twierdzeniem, iż filmowi kompozytorzy są jedynie rzemieślnikami oraz, że muzykę filmową należy traktować gorzej niż poważną lub z większym dystansem. Tak jak zauważył Przemek, w USA corocznie wielu ludzi kształci się w celu zdobycia posady kompozytora movemusic, ale tylko nieliczni maja możliwości przebicia się prze konkurencje. Ci, którym się udaje mają później możliwość zaprezentowania swojego wielkiego talentu. Tak! Ich talent jest wielki dlatego, że dzięki swoim zdolnością potrafią perfekcyjnie oddać nastrój filmowych wydarzeń bądź, co bardziej zachwycające, świetnie dopasować muzykę do obrazu. Śmiem twierdzić iż filmowi kompozytorzy nie są wcale gorsi technicznie od największych muzycznych geniuszów jakimi są Mozart, Beethoven czy wiele innych wspaniałych osobistości. Ich problem polega na tym, że muzyka ograniczona jest głównie przez czas, dlatego wykorzystują oni jedynie swoje zdolności orkiestratorskie. Tematy są często powierzchowne, mało ambitne ale nie powinny stać się kamieniem probierczym dla określenia wielkości talentu danego kompozytora. Osobiście ubóstwiam Hornera chociaż doskonale zdaję sobie sprawe z faktu, iż jego język muzyczny nie jest tak wysoko rozwinięty jak u geniusza Mozarta czy Antona Brucknera, którzy bez pomocy żadnych organów, klawiszy i programów komputerowych potrafili używając jedynie mocy własnych umysłów stworzyć wielkie dzieła na orkiestrę i chór. Orkiestracje Hornera i tak są wręcz imponujące tak jak i jego zdolność świetnego dopasowywania werbla do reszty instrumentów co utwierdza mnie w przekonaniu i ż pod względem umiejętności najwięksi filmowi artyści dorównują klasykom. Polecałbym Hornerowi i innym bardziej utalentowanym twórcom aby zaczęli komponować muzykę poważną. Tam mogli by w pełni pokazać swoje prawdziwe zdolności i egzaltować się do woli. Jako twórcy soundtracków stają się oni poniekąd niewolnikami, zostają wtłoczeni w pewną formę a należy pamiętać, że tylko indywidualiści pozostawiają po sobie największe dzieła. Muzyka poważna zawsze będzie stała na najwyższej półce czy ktoś to akceptuje czy nie. I naprawdę bez obrazy panie remiś ale twierdzenie z którego wnioskuję, że klasyki nie powinniśmy nazywać sztuką bądź iż nie dostarcza ona tylu wrażeń co muzyka filmowa świadczy tylko o tym ,że muzykę poważną traktujesz bardzo pobieżnie albo nie masz o niej po prostu bladego pojęcia. Stwierdzenie łukasza jest o tyle śmieszne, że to właśnie od największych twórców muzycznych dzisiejsi kompozytorzy czerpią swoje inspiracje. Williams skrzętnie rżnie od Wagnera, Horner nie raz inspirował się Szostakowiczem. Czy to więc nie tym artystą powinniśmy podziękować za dzisiejsze osiągnięcia hollywoodzkich muzyków? Fakt faktem, największymi geniuszami są twórcy muzyki poważnej. Nie mówię tu o orkiestracjach ani klimacie tylko o potędze ich umysłów. Zastanawiam się czy ktoś tu wie , że Mozart pewnego razu przechodząc ulicami Rzymu wszedł do Kaplicy Sykstyńskiej, usłyszał pewien utwór na orkiestrę i chór i po jednorazowym przesłuchaniu zapisał go w nutach robiąc tylko trzy błędy. Nie sądzę, żeby którykolwiek z dzisiejszych artystów miał taką zdolność zapamiętywania dźwięków. Splendor i geniusz Mozarta oraz innych wybitnych osobistości musiał zostać doceniony i tak też się stało. Najwybitniejsi twórcy muzyczni wciąż nie tracą na popularności i nie zgodzę się również ze zdaniem Przemka iż język muzyki poważnej czy tam klasyki czasów minionych jest dla dzisiejszych pokoleń językiem martwym. Stwierdzenie to neguje sam fakt istnienia wielu chórów i orkiestr symfonicznych, które wykonują najwybitniejsze dzieła. A dzisiejsza młodzież jest głucha na piękno, które oferują nam klasycy nie dlatego, że nie rozumie treści jaką przekazuje muzyka poważna ale z tego względu iż człowiek od zawsze dążył do wygody, ciągle komercjalizując świat. Dzisiaj liczy się to co łatwe, nad czym nie trzeba się długo zastanawiać i to przy czy można się spokojnie wyluzować. Ludzie przede wszystkim chcą przeżyć dlatego starają się przestrzegać pewnych form, konwenansów przyjętych w określonych środowiskach. Jak słuchamy Britney to Britney a nie Chopina. Wielu z nich nie zdaje sobie sprawy z faktu iż przy muzyce poważnej też można się dobrze bawić. Producenci chłamu stosują typowy zabieg psychologiczny, doskonale zdają sobie sprawę z tego iż robiąc show najlepiej zarabia się pieniądze. I należy pamiętać, że tylko indywidualne jednostki zmieniają świat, o czym już pisałem. Przemku :-) Mozart jest dziś uważany za najwybitniejszego kompozytora wszech czasów a nie ma On nawet swojego grobu i nikt nie wie gdzie jest pochowany. To chyba świadczy o tym, że za jego czasów język muzyczny również był martwy i dopiero teraz zaczęto doceniać mozartowski splendor ”grzebiąc w skamielinach”;-). Prawda jest taka, że kompozytorzy muzyki filmowej nie wnoszą dziś nic nowego do świata muzyki co zupełnie mi nie przeszkadza. Mówi się wprawdzie, że używają syntezatorów ale przecież jest to tylko zabieg czysto dekoracyjny, który ubarwia orkiestrę a nie wiąże się z ogólną formą czy orkiestracjami. Wszystko zostało już wykorzystane, chociaż w XVIII widoczna była chęć wprowadzenia innowacji. Weszły dysonanse i dziś również na nich opierają się kompozycje. Sztuka jest pojęciem relatywnym ale tylko dla ludzi, którzy się na niej znają. Ktoś woli melodyjnego Palestrine, ktoś zgrzytliwego Brucknera a ktoś inny po prostu Hornera albo Williamsa. Każdy traktuje muzykę indywidualnie, ma swoje uczucia i wrażliwość. Ale należy pamiętać, że najwięcej do świata muzyki wnieśli kompozytorzy klasyki bo nie sądzę, żeby zrobiły to jakieś afrykańskie ludy bijące w bębny albo twórcy irlandzkiego folkloru. Owszem nieustanne uderzanie o coś lub tańczenie i jazgot jest dla niektórych pewnego rodzaju formą wprowadzania duszy w trans. Należy jednak odróżnić prymitywne melodie od postimpresjonistycznego postrzegania metafizyki zmysłowego piękna, dźwiękowej dosłowności i metafizyki egzystencjalnej bo różnica jest. Nawet Jazz opiera się na muzyce poważnej, jest ona podstawą, z której można tylko zejść niekoniecznie do chłamu jaki dziś serwują nam stacje radiowe – czyli muzyki, która ze sztuką nie ma nic wspólnego. AMEN...Amen tututu...

Przemysław Kałwa:

Pozwolę sobie jeszcze na ten jeden komentarz w ramach sprostowania ponieważ widzę, że zarówno pan Babuch jak i pan Wojtanowski nie do końca zrozumieli mój wywód.Oczywiście nie piszę tego po to by prowadzić badź co bądź tą daremną dyskusje - sądzę,że każdy tu wyłożył już jasno swój stosunke do pewnych kwestii - jedyne co mnie razi - żeby nie powiedzieć dosadniej - bije po oczach to pewna niewiedza. Pisząc o Debussym miałem na myśli nie tye ilustrację czy inspirację co pewne reguły , które stały się wykładniami impresjonizmu jako takiego - tym regułom w każdej dobie artysci zoobowiązani byli służyć - jeśli je zmieniali - tworzyli przeważnie nowe nurty czy wręcz podwaliny pod kolejne systemy artystyczne. Nie celem jednak mej wypowiedzi jest zgłebianie nurtu sztuki lecz wyjaśnienie pewnych kwestii.Wróce więc teraz do wypowiedzi pana Wojtanowskiego tyczącej się niejakiej ciągłości języka muzyki.Oczywiście, że język muzyczny którym posługiwał sie Mozart czy Haydn są obecnie martwe - tu odsyłam do pytania retorycznego "co powiedzą o naszych czasach obecne partytury" - no i cóż nam mówią o tamtaych czasach ówczesne partytury - nic - podają kilka schematycznych zapisów ,które obecnie każde dziecko umie wymienić jednym cięgiem na lekcji muzyki - proste zasady/wykładniki sztuki kolejnych epok.Tylko tu proszę pamiętać,że na PEłNY OBRAZ danej epoki nie składa się sama muzyka.Język którym muzycznie przemawiał Haydn do tego stopnia był już niefunkcjonalny za jego życia ,iż kompozytor w jednej ze swych symfonii - tzw z gongiem czy też niespodzianką musiał w środku partytury wpisać donośny gong by zbudzić drzemiacych na sali.No niby anegdota opowiadana w środowisku muzycznym ależ ile mówiąca właśnie o nieustannych zmianach języka muzyki.Ja nie miałem więc panie Wojtanowski na myśli tego,iż klasyka jako taka padła pod toporem czasu.Chodzi mi zupełnie o coś innego. Co się tyczy tych nieszczęsnych kompozytorów filmówki. No panowie - na Boga czy wy wierzycie ze 100% Goldshmitów Williamsów i innych na prawde ma ten komfort i pracuje na gotowym obrazie?! Przecież to zupełna nienzajomość światka muzyki filmowej i machin poruszających tworzeniem filmów.MAłO KTĂ“RY KOMPOZYTOR PRACUJE Z GOTOWYM OBRAZEM.Z gotowym obrazem pracuje edytor dźwięku i producent ścieżki - kompozytor żadko kiedy ma wgląd w końcowe etapy posprodukcji.Zeby nie być gołosłownym : Howard Shore komponujący Shelob`s lair dostał od Petera Jacksona tylko jedną wskazówkę -"podążaj za energią wielkiego pajaka".Tyle.I naprawdę wybrałem tu najbardziej standardowy przykład - nie ma sensu sypać z rękawa na zawołanie cała lista sytuacji i nazwisk kto i gdzie. Nie gloryfikuję muzyki filmowej - proszę mi wierzyć, że jestem niezwykle wymagającym słuchaczem/recenzentem/tudzież krytykiem i w pełni zgadzam się z panem panie Babuch - większość ścieżek może być już nudna po pierwszym przesłuchaniu - większość partytur z którymi mamy do czynienia jest średnia.Ale dokładnie to samomożna powiedzieć o każdym innym gatunku muzyki.Naprawdę. Przykład z Apha Centauri oczywiście jest swoistym "puszczeniem oka" wśród grona krytyków ale niestety źle pan założył.Chodziło o zupełnie inną cywilizację będącą jakby ponad naszymi podziałami i opiniami narosłymi przez wieki. Japończycy doskonale wiedzieli kto to Beethoven.Naród ten do ignoranckich nie należy.Mniejsza z tym . Nie piszę przecież tego sprostowania by omawiać kuluarowy dowcip. Moją wypowiedz chciałbym sprowadzić już na zamkniećie do jednego faktu - o sztuce tudzież zwykłych bzdurach mogę chętnie podyskutować drogą mailową - tu na forum chciałbym tylko podkreslić,że panu Nowakaoi - bo przecież jego tekst jest kamieniem węgielnym - jaki pan wybaczy panie Babuch ale również panu brak odpowiedniej wiedzy by w kwestiach muzycznych pisać czy podpisywac się pod artykułami o szumnym tytule "Dekonstrukcji mitów". Co najbardziej mnie zaskakuje to podejście do muzyki filmowej - to TYLKO rozrywka - jak obecnie każdy człon sztuki. Dziś nie możemy współczesnych zagadnień artystycznych omawiać z pozimou sztuki klasycznej - w swych założeniach wszystko to co powstało od dadaizmu musiało by być szmirą. A przecież tak nie jest.To jednak puścić płazem mogę - czego puścić nie mogę i nie puszczę to fakt tego, iż niejako mają panownie styczność z muzyka filmową a brak wam wiedzy podstawowej z zakresu jej funkcji, metod powstawania, czy też reguł jakimi się rządzi - a to już solidny zarzut dla recenzenta.Panie Nowak - uwaga końcowa - spodziewałem się ciekawszego komentarza pod moją wypowiedzią.Nazwisa kompozytorów w moich komentarzach to jedynie żonglerka,którą pan potraktowął dosłownie.Aspiracje może i są - ambicje też - jednak jak już powiedziałem : wiedzy brak. Pozdrawiam serdecznie.Więcej głosu nie zamierzam zabierać na formu. Panie Wojtanowski - pan wie gdzie mnie szukać :). Panie Babuch - tym razem maila zostawiam.

Sylwia:

współistnienie jest trudniejsze niż tylko istnienie..

Asia:

ten artykuł to same bzdury.. Mit pierwszy: wg Ciebie komp filmowy nie jest artystą,gdyż pisze muzykę do konkretnego obrazu i przez to ma ograniczone środki...i co z tego? Ile jest komp którzy czerpali inspiracje właśnie z obrazu, poezji, przykładów jest mnóstwo, późnoromantyczna muzyka muz programowa niosła za sobą konkretne treści, opierała się na konkretnym temacie, czy w takim razie Wagner nie jest artystą, bo porusza się w obrębie dzieła literackiego, a zatem jest w jakiś sposób ograniczony? Tak jak komp filmowy w obrebie dzieła audiowizualnego, które ma "jedynie dopełnic"? - słowo dopełnić jest nieodpowiednie, szufladkujesz w ten sposób wielu wybitnych twórców muzyki filmowej którzy nie tylko je dopełniają, ale wzbogacają ! ... A co do "rzemieślników", Hindemith uważał siebie za rzemieślnika, który po prostu rzetelnie wykonuje swoją pracę a sztukę za doskonałe rzemiosło... w takim razie nie jest artysta? Poza tym gdyby komp filmowi nie pisali w systemie dur-moll tylko muzykę kompletnie atonalną stosując serie, bawiąc się w punktualizm, bitonalizm,eksperymentatorstwo, radykalizm czy cholera wie w co jeszcze tylko dlatego zeby iść z duchem ludzie przestali by chodZić do kin! Kino jest sztuką dla rzeszy odbiorców a nie dla jednostek.. Tak, muzyka filmowa pozostanie muzyka programową ale w niczym to jej nie ujmuje.

Andy:

Trudno się we wszystkch sprawach przynajmniej w 75% nie zgodzić, ale nazywanie muzyki filmowej czystym rzemiosłem to przesada. Fakt, że muzyka filmowa nie wniosła w zasadzie nic do historii muzyki, nie doprowadziła do rozwoju harmonii, kolorystyki technik kompozycyjnych itp. Jest to jednak gatunek synkretyczny, który wykorzystuje poszczególne elementy innych gatunków dla osiągnięcia pożądanego efektu. Cały artyzm polega na inteligentnej ilustracji filmu, z tym że kompozytor zwykle nie pozostaje i nie powinien pozostawać bierny muzycznie, tzn. nie ograniczać się do stawania na ramionach inncyh twórców. Fakt, ż muzyka nie może rozwinąć się już bardziej, ponieważ, jak to się mówi, wszystko już zostało w niej powiedziane. Ale inni twórcy wciąż mogą dorównać wielkim kompozytorom. Poza tym kwestia środków wyrazu. Kompozytorzy filmowi zapozyczają je od twórców klasycznych, ale odpowiednio modyfikują i nadają jakiejś określonej emocjonalności - często wcale nie łatwiejszej w odbiorze.

fay:

Zastanawiam sie czy autor artykulu od zawsze mial w pogardzie muzyke filmowa czy dosc niedawno mu sie "odwidzialo". Niewazne zreszta. Gdybym miał tak zjawisko muzyki filmowej rozbijać na czynniki pierwsze to gdzieś po drodze mogłaby ona utracić swoją prostą magię. Smutne to czasy, gdy niektorzy nie potrafia juz cieszyc uszu ta swoista prostota. Ja nie oceniam muzyki, to czysta glupota wedlug mnie, gusta sa rozne, tego co mnie nie chwyta po prostu nie slucham; pozostawiam innym.

Fitek:

Są słowa które przez różnych ludzi są rozumiane bardzo odmiennie, więc nie powinny być używane bez uprzedniego podania ich dokładnego znaczenia. Bez takiego uściślenia wszelkie dyskusje z użyciem tych słów kompletnie nie mają sensu. Nie jest ich wiele, ale "Artysta" i "Sztuka" się do nich zaliczają.


Soundtracks.pl

© 2002-2017 Soundtracks.pl - muzyka filmowa.
Wydawca: Bezczelnie Perfekcyjni